Tagi

, , , , , , , , ,

Podróże kształcą – na różne sposoby. Mnie wizyta we Wrocławiu dokształciła szalenie, pod wieloma różnymi kątami. Włączyła wewnętrznego fangirla, odchudziła portfel, wypchała walizkę, ugotowała mózg, a także przywaliła fandomami w głowę.

Jednym z moich dziwniejszych pomysłów było sięgnięcie po Neo Arcadię – Tęczę w ciemności, chociaż ostrzegano mnie, że mogę żałować. Wrażenia poniżej.

Neo Arcadia – Tęcza w ciemności – 1/1

Lubię yaoi. Zazwyczaj. Jestem świadoma specyfiki tego „gatunku”, jego ekstremów, kontrowersji i luźnego podejścia do realizmu. Są jednak momenty, gdy samo istnienie yaoiców zaczyna mnie wkurwiać – i właśnie takim momentem jest Neo Arcadia.

Potencjał

W dawnych czasach Władca Światła wysłał swojego syna, Reena, jako emisariusza do Władcy Ciemności, by ten pozwolił stworzyć na ziemi królestwa życia. Lord Zeb zgodził się na to, ale pod jednym warunkiem – że Reen, którego pokochał z wzajemnością, pozostanie z nim już na zawsze. Władcy Światła nie podobało się to rozwiązanie, jednak w końcu zgodził się, by Reen zamieszkał w pałacu położonym między królestwami – gdzie mógł spędzać ze swoim ukochanym czas od zmierzchu do świtu. Pewnego dnia jednak Reen znika, a zrozpaczony Zeb wyrusza w podróż w poszukiwaniu zaginionej miłości.

Dobra – to fabuła na piękną baśń. Mamy tu motyw Persefony, a dla mniej tolerancyjnych – płeć Reena jest w tym wszystkim wybitnie nieistotna i błyskawicznie można przerobić go na kobietę. I wszystko byłoby super – ale nie jest. Dlaczego?

I jak go zmarnowano

Ta jednotomowa manga, wydana u nas przez Kotori, powstała na bazie twórczości pani Kaoru Tachibany. O ile dobrze rozumiem, była to powieść w odcinkach, publikowana na łamach jakiegoś czasopisma. Zarówno oryginał, jak i jego adaptacja, są raczej marnej jakości.

O poziomie literackim pierwowzoru można się przekonać pod sam koniec tomiku, gdzie zamieszczony został krótki fragment, w znacznym stopniu wyrwany z kontekstu przedstawionej w komiksie historii. Na tych kilku stronach znajduje się prawdopodobnie jedna z najgorzej opisanych scen seksu, jakie czytałam. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam tak zażenowana lekturą, o ile kiedykolwiek byłam. Przeczytałam w swoim życiu dużo pornografii, od pseudopoetyckich i patetycznych opisów scen rodem z harlekinów, poprzez fan fiction różnej jakości i fantazji, po dosadne, brutalne i obrzydliwe opisy różnych wynaturzeń. Ba, nawet sama napisałam kilka tekstów wybitnie nie dla dzieci! Mimo to, przy lekturze tego fragmentu siedziałam czerwona po końce uszu, a gdy próbowałam przebrnąć przez to drugi raz, nie zdzierżyłam i poleciałam z płaczem w objęcia pewnego Leniwca. A że Leniwiec za komiksami, delikatnie rzecz mówiąc, nie przepada, płakanie jej na mangę jest szczytem desperacji. A takiej ilości słowa „cudowny” i różnych jego wariantów chyba jeszcze widziałam poza jednym wierszem Szymborskiej, ale tam akurat było o wspaniałościach.

Inna sprawa, że wspomniany fragment jasno pokazuje, jak bardzo okrojono fabułę oryginału by zmieścić ją w mandze. Nie, żeby była to fabuła szczególnie skomplikowana, a historia bardziej dynamiczna. Zresztą, nawet bez tego widać, że coś się nie klei. Akcja z porwaniem jest nie(do)rozwinięta. Postaci epizodyczne, momentami zdające się być zupełnie zbędne, mają zasugerowane jakieś wątki. W oryginale zapewne były postaciami drugoplanowymi, ale w mandze sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę – co daje nam trzy totalnie zbędne pary gejowskie. Trzy pary, które mają dla siebie po stronie bądź po kadrze. Dwie nie wnoszą nic, jedna mogłaby, ale nie dostała na to szansy. A to peszek.

Jakby tego było mało, wypatrzyłam w tej mandze jeden kadr, na którym była kobieta. Postaci żeńskie nie występują nawet jako element tła. W sumie zaczynam się teraz zastanawiać, czy to aby na pewno była kobieta, bo biorąc pod uwagę stężenie par gejowskich oraz poziom zniewieścienia wszystkich uke, zaczynam wietrzyć męskie ciąże. Chociaż nie jestem pewna, czy Japończycy już na to wpadli, czy to póki co nie jest tylko fantazja zachodniego fandomu… SStefania uświadomiła mi, że mpreg jest japońskim wynalazkiem, a popełniły go m.in. CLAMPy w jednym ze swoich pierwszych dzieł, więc… Chyba czeka mnie w najbliższym czasie dokształcanie się w yaoistycznym światku ;)

Ponieważ to manga yaoi, oprócz związku dwóch mężczyzn, występuje jego konsumpcja (a nawet ich mnogość). Sru, baśń obrywa porno, może niespecjalnie dosadnym, ale oznaczenie od lat osiemnastu robi się jak najbardziej zasadne. Do tego wszystkiego w całość wskakuje drugi największy grzech yaoi (po „wszyscy faceci są homo”) – seme i uke, czy jak kto woli – top&bottom. Seme zwykle dadzą się przeżyć, przynajmniej dopóki nie gwałcą swoich partnerów (względnie kogo popadnie), nieco gorzej sytuacja przedstawia się w przypadku zniewieściałych do potęgi uke. Zeb jest dość klasycznym seme, zalicza nawet kilka nieprzyjemnych scen typowych dla przedstawiciela swojego rodzaju (myślenie oraz okazywanie uczuć chujem), natomiast Reen jest bardziej „kobiecy” niż wszystkie kobiety jakie znam. Dla mnie to ciepłe kluchy a nie kobiecość, a poziom jego rozmemłania osiąga apogeum, gdy nie rzuca się do Zeba o coś, co każdy normalny człowiek uznałby za zdradę. No, ale cóż – to yaoi…

A więc nasza baśń przestaje być baśnią, a robi się głupią, naciąganą, okrojoną historią, którą mam ochotę okrzyknąć fap material dla yaoistek, ale się jeszcze hamuję. Najbardziej w tym wszystkim wnerwia mnie chyba jednak to, że Neo Arcadia jest szalenie podobne – choć dużo gorsze – to Seimadena, który jest mangą co najwyżej średnią, a i tak w porównaniu wypada znacznie korzystniej.

Wykonanie

eneo_arcadia_v01_ch01_pg28

Ta część recenzji okazała się tak problematyczna, że z wrażenia poczłapałam na konsultacje do Lisowej – wprawdzie tylko facebookowe i przy użyciu skanlacji, ale jakoś trzeba sobie radzić, gdy sytuacja tego wymaga. A nic nie rozświetla ciemności otępiałego umysłu jak komentarze kogoś, kto szokująco często myśli podobnie jak my.

Za wizualną stronę Neo Arcadii odpowiedzialna jest pani Norikazu Akira. Niektórzy twierdzą, że jej rysunki są śliczne. Na pierwszy rzut oka rzeczywiście trudno się przyczepić czegoś konkretnego, jednak podczas lektury miałam przemożne wrażenie, że coś mnie od tej mangi odrzuca. Bo jest niby ładnie, ale jakoś tak nijako, pusto. Najpaskudniejsza jest rzecz jasna okładka, z obrzydliwymi, nałożonymi komputerowo kolorami. Wnętrze bardziej niż mangę przypomina dziecięce kolorowanki. Jest pusto i zdecydowanie zbyt czysto, przez co kadrom brakuje ekspresji i wyrazistości. Większość scen jest statyczna i miałka, a nadmiar słodyczy wywołuje mdłości. Od dawna nie widziałam takiej ilości ozdobnego kwiecia wciśniętego gdzie tylko się dało, a uwierzcie – nie stroję od shoujo.

Wydanie polskie

Największą wadą polskiego wydania jest to, że w ogóle istnieje. To naprawdę słaby tytuł; Kotori mogło zamiast niego wydać coś dużo lepszego. Ogólnie rzecz biorąc – jest poprawnie. Nie byłam w stanie wypatrzeć żadnych uchybień ze strony polskiego wydawcy. Zerknęłam trochę na skanlacje i mam wrażenie, że tłumacz – pan Tomasz Molski – może nie był momentami szczególnie wierny oryginałowi, ale brak dosłowności w pewnych momentach raczej pomógł niż zaszkodził tej pozycji. Nadal jest patetycznie do potęgi, ale przynajmniej obniżył nieco poziom absurdu.

I chociaż Kotori mocno się postarało, żeby Neo Arcadia warta była tych prawie dwudziestu trzech złotych – nie jestem w stanie obiektywnie ocenić ich pracy nad tą pozycją. Chociaż… Jeśli komuś jednak podoba się historia, to na polskie wydanie nie będzie narzekał.

Kupić?

To chyba pierwsza manga, którą recenzuję, która nie znajduje się ani w biblioteczce mojej, ani Lisowej. Co więcej – raczej się tam prędko nie znajdzie, chyba że w straszliwej desperacji lub dzikim przypadkiem. Neo Arcadia mogła być piękną baśnią, jest wyjątkowo irytującą adaptacją yaoica, popełniająca wszystkie możliwe grzechy obu gatunków.

Fanatycznym yaoistkom polecam, bo one łykają wszystko, co jest oznaczone jako „boys love”. Mniej fanatycznym miłośnikom mangi od kobiet dla kobiet o gejach radzę najpierw przejrzeć zawartość tomiku (względnie skanlacje), a potem rozważyć kupno. Pozostali fani japońskiego komiksu mogą z czystym sercem odpuścić sobie tę pozycję, przeznaczając czas i pieniądze na dużo lepsze tytuły. W moim osobistym rankingu Neo Arcadia jest jedną z najgorszych mang dostępnych na polskim rynku, które zdarzyło mi się czytać. A jak ja twierdzę, że coś jest złe, to naprawdę jest coś.

2.5/10

Reklamy