Tagi

, , , , ,

Nowości w tym miesiącu było sporo, ale i tak najbardziej czekałam na trzeciego Tokyo Ghoula, i to nie tylko ze względu na podkładkę pod kubek, dołączaną do przedpłaty. Ani nawet dlatego, że jestem szalonym fanem całej serii. Uwielbiam jednak patrzeć jak autorzy się rozkręcają, a dzisiejsza pozycja jest zwyczajnie bardzo dobra.

Tokyo Ghoul 3/14

Tokyo-Ghoul-3

Uwaga: Poniższy tekst adresowany jest do osób, które przeczytały poprzednie tomy bądź nie boją się koniecznych spoilerów.

Treść

W poprzednim tomie zdążyliśmy poznać, polubić, a także pożegnać panią Ryouko Fueguchi, która zginęła z ręki Kureo Mado. Nie dostajemy jednak szansy, by ją opłakać – w końcu nadal przy życiu pozostało trzech inspektorów, którzy widzieli twarz Hinami i są świadomi jej tożsamości. Ale siostrzyczka Touka nie zamierza zostawić spraw własnemu biegowi…

Kaneki powoli akceptuje swoje nowe życie i uczy się go na własnej skórze. Jednak nie on jedyny – pytania i wątpliwości mają wszyscy. Co więcej, często odpowiedzi mają pod samym nosem, ale w swym zaślepieniu i gniewie bohaterowie z obu stron barykady nie chcą ich dostrzec. Na razie łatwiej jest wprawdzie kibicować ghulom; Mado nie robi najlepszego wrażenia (choć teraz, przy ponownej lekturze, zupełnie inaczej postrzegam tę postać i bardzo ją cenię), a Amon… Cóż, Amon to Amon, ma brwi z zawijasami i kompleks Mesjasza. Niby Kaneki powtarza później jego słowa, ale w tak zupełnie innym tonie i kontekście, że mi to zupełnie nie przeszkadza, natomiast nasz młody gołąb jest zwyczajnym nadętym głąbem i tyle w temacie.

Trzeci tom Tokyo Ghoula przynosi nam pewne rozstrzygnięcie wątku Hinami, który będzie miał znamienny wpływ na losy ghuli z dwudziestej dzielnicy. Wiele osób pozostaje tu poza głównym planem, ale w tle pojawiają się już twarze oraz imiona, które będziemy stopniowo poznawać w kolejnych tomach. Swoje wniesie też pewna porządna retrospekcja, w której nawet jestem w stanie lubić Amona, choć to najbardziej znienawidzona przeze mnie postać w tej mandze. Do tego wszystkiego dojdą kolejne szczegóły dotyczące konstrukcji świata, które Ishida dawkuje ostrożnie, ale sumiennie – najważniejsze punkty to cząsteczki RC oraz natura quinque, broni przeciwko ghulom, chociaż to nie koniec nowości.

Powoli da się dostrzec to, co u Ishidy doceniam najbardziej – umiejętność tworzenia wielowątkowej fabuły obejmującej wielu bohaterów o skomplikowanej psychice, podejmujących decyzje w oparciu o swoją ograniczoną wiedzę oraz doświadczenia z przeszłości. Należy też wspomnieć o wyraźnych poszlakach co do dalszej fabuły, które z czasem zrobią się liczniejsze i subtelniejsze, ale dają swoje do myślenia. Przez to bardzo przyjemnie wraca się do lektury – łatwo natrafić na coś nowego.

Na przykład na kartę Tarota. Ishida ukrywa ich numery w kadrach, a ich odnalezienie i sprawdzenie znaczenia nie tylko pomaga w interpretacji, ale daje też wskazówki na przyszłość. Podobno w każdym rozdziale jest coś zachomikowane mniej lub bardziej wyraźnie. Osobiście nie znalazłam jeszcze żadnej (oprócz tych najbardziej oczywistych), ale miałam kupę frajdy z ich odczytywania.

Wykonanie

Obwoluta jest prześliczna! Japońska podoba mi się nieco bardziej ze względów kompozycyjnych. Kanji ułożone jakby na przedłużeniu skrzydeł Hinami, angielski tytuł rzucony kilkakrotnie w poziomie, ta śliczna trójka… Polska jest świetna, ale przy pierwowzorze wypada trochę gorzej.

148925

Kolory są śliczne. Wrażenie robi także grafika Kanekiego na przednim skrzydle obwoluty – tą samą wykorzystano do stworzenia prezentu do przedpłaty. Na drugim skrzydle mamy profile Hinami i Mado, choć w tym całym interesie denerwuje mnie trochę brak informacji o wieku postaci. Lubię za to projekt okładki – z tyłu mamy wprawdzie Amona z gigantycznym kulfonem oraz Kanekiego ściętego w michę, ale Touka i Hinami są świetne.

Coraz lepiej prezentuje się też wnętrze tomiku. Ishida na razie rysuje jeszcze dość bezpiecznie: skupia emocje głównie na oczach, których zbliżeń mamy pod dostatkiem, wiele kadrów to twarze lub ich fragmenty. Są to jednak prace dobre jakościowo, więc nie narzekam. Niektóre tła nawet zwracają na siebie uwagę, jest też trochę rastrów, ale bez szaleństw. Odniosłam też wrażenie, że autor bardzo oszczędnie używa onomatopei – jest ich przyzwoita ilość, ale niespecjalnie rzucają się w oczy. Świetnie natomiast wypadają sceny akcji, reprezentowane głównie przed dwie równoległe walki, narysowane nie tylko dynamicznie, ale też wyjątkowo przejrzyście. Autor postarał się, żeby czytelnik nie miał trudności z wyobrażeniem sobie ruchu, ale nie jest też upierdliwy i nie rozwleka ich w nieskończoność.  

Dobrze mają się też projekty postaci, a szczególnie stary Mado. Facet wygląda jak sama śmierć, ma wzrok psychopaty i jest cudownie charakterystyczny. Amon ma kretyńskie brwi i przesadne mięśnie, ale ma nader udaną mimikę – zarówno gdy błaznuje, jak i rzuca spojrzenia seryjnego mordercy. Fajnie patrzy się też na Kanekiego, szczególnie gdy wreszcie wkłada maskę – dwieście procent zajebistości i baddassa. No i ptasia maska Yomo… Ależ tak, oczywiście, że się do niego ślinię, i wcale się tego nie wstydzę.

Wydanie polskie

Nie chce mi się dzisiaj czepiać, ale trochę muszę. Tak jakby pogodziłam się już z dziwnymi rodzajami kagune, które tutaj występują tylko na obwolucie w profilu Mado. Nie wypatrzyłam ani żadnych błędów, ani koszmarów tłumaczeniowych – chociaż czasem miałam wrażenie, że przydałoby się pozamieniać miejscami teksty w dymkach. Przykład poniżej – zdjęcie wykadrowane tak, by nie zdradzać zbyt wiele.

CAM00907

Mangi czyta się od prawej do lewej i z góry na dół, więc powstaje nam „Jestem dumny z Kureo Mado. Ja również.” O ile „Ja również” nie jest kwestią innej osoby – a nic na to nie wskazuje – brzmi to co najmniej źle.

Kupić?

Nie polecam nikomu czytać żadnej serii od środka; lubię też kończyć to, co zaczęłam, także w kwestii zbierania mang. Tokyo Ghoul jest jednak, jak większość tego typu historii, podzielony na pewne części. Pierwszy tom przypomina prolog; drugi i trzeci są określane przez fanów jako Dove Emergence arc, natomiast czwarty i piąty tworzą inny wątek fabularny. Ta piątka to jednak nadal pewnego rodzaju wprowadzenie do całej historii; potem akcja rusza z kopyta w sposób bardzo znaczący.

Pozostałe dziewięć tomów można podzielić na kolejne trzy części, po których następuje już sequel, czyli Tokyo Ghoul:re. Osobiście twierdzę, że warto dotrwać przynajmniej do końca ósmego tomu – to trochę więcej niż zawiera pierwsza seria (raczej słabego) anime, szczególnie że twórcy ekranizacji mocno obcięli sporą część wątków – dopiero wtedy można moim zdaniem świadomie oceniać, czy komuś ta historia przypadła do gustu, czy nie. Biorąc pod uwagę rozmiar i konstrukcję całej intrygi, to i tak nie jest dużo.

10/10

Reklamy