Tagi

, ,

Poniższy tekst powstał jako odprysk notki na zupełnie inny temat, ponieważ jednak osiągnął taki, a nie inny rozmiar, wklejam go oddzielnie. Jest tu sporo liczb, trochę konkretów i mnóstwo gdybania, ale potrzebowałam tychże w roli punktu wyjścia do rozważań zupełnie innego typu.

W wielu miejscach zdecydowałam się na cyfrowy zapis liczb dla większej przejrzystości tekstu, choć ogólnie jestem zwolenniczką pisania słownie wszystkiego, co nie jest datą roczną bądź godziną.

Trochę danych

Pierwszy rozdział TG ukazał się 8 września 2011 roku. Ostatni rozdział „Tokyo Ghoul:re” pojawił się w „Young Jump” 5 lipca 2018 roku. Nie uwzględniając wcześniejszego oneshota, będącego prototypem późniejszej historii, oto TG w liczbach:

  • Ishida tworzył przez serię przynajmniej przez 6 lat i 11 miesięcy, co daje około 2500 dni; licząc, że rozpoczął prace nad dłuższą historią wkrótce po opublikowaniu oneshota (15 marca), czas ten wydłuża się do 7 lat i 4 miesięcy, czyli około 2700 dni.
  • TG liczy 143 rozdziały oraz epilog i historię poboczną (Rize); TG:re to 179 rozdziałów plus rozdział 31.5, a także historia poboczna (Joker). Do tego należy doliczyć remake pierwszego rozdziału oryginalnej serii oraz siedem rozdziałów Jacka.
  • Łącznie daje to przynajmniej 6472 strony mangi.
  • Co oznacza średnio 2.5 stron na dzień (2.4-2.6 w zależności od przyjętego w pierwszym punkcie okresu).
  • Dodajcie do tego omake’i, publikowane w sieci arty i kalendarz, oraz spin-off o Hisoce z HxH (około 70 stron); a także pracę przy anime, nowelkach i grze.

Jeszcze więcej danych

Pomińcie ten akapit, jeśli nie kręcą was dalsze wyliczanki. Zebrałam trochę informacji liczbowych, bardziej dla siebie i z powodu czystego szału katalogowania, bo jak zaczęłam już liczyć strony i rozdziały, to przyjrzałam się także datom i numerom. A skoro już to zrobiłam, to równie dobrze mogę podzielić się z zainteresowanymi.

Pierwszy TG miał 110 rozdziałów liczących po 18 stron, 23 rozdziały po 19 stron, etc. Rozdziałów dłuższych niż 21 stron było pięć – miały po 23, 26, 29, 30 i 43 strony.

Pierwsze i ostatnie rozdziały zwykle bywają najdłuższe, warto jednak zauważyć, że Jack ma 329 stron w 7 rozdziałach, co daje średnią 47 stron. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że kreska Jacka nie jest tak dopracowana jak główniej serii, ale daje pewien pogląd na to, jak Ishida radziłby sobie z formą miesięcznika.

Side Stories liczyłam oddzielnie, ponieważ nie były opublikowane w Young Jumpie – Rize pojawiła się w Miracle Jump #06, a Joker – w Weekly Shounen Jumpie #31 z 2014 roku.

Ile zarobił?

W ciągu tych siedmiu lat – zaokrąglimy to do siedmiu, w końcu brakuje miesiąca – Ishida tylko dwa razy zrobił sobie wolne. W 2012 roku nie było rozdziału TG w 34 numerze Young Jumpa; natomiast między TG i TG:re nie było nawet miesiąca przerwy (18 września to 16 października; tylko trzy numery YJ). Dodatkowo w tym okresie YJ zaliczył 27 „numerów podwójnych” – dla niewtajemniczonych, to taka śmieszna nazwa na sytuacje, gdy magazyn w danym tygodniu nie wychodzi, ale wydawca chce, żeby zgadzały się tygodnie w roku, więc magazyn o zwykłej objętości dostaje dwa numerki.

Ile Ishida zarobił w ciągu tych siedmiu lat? Trudno powiedzieć. Próbowałam dokopać się do wiarygodnych informacji na temat zarobków mangaków, ale nie znalazłam nic satysfakcjonującego. Wiadomo, wszystko zależy od jednostki, ale tu i teraz skupiam się na Ishidzie, któremu udało się osiągnąć prawie wszystko na tym polu – przynajmniej jeśli chodzi o autora jednej bądź co bądź serii. O byciu legendą pokroju Osamu Tezuki czy Jirō Taniguchiego nie ma na razie mowy; dalej brakuje mu też sporo do zostania pierwszoligową gwiazdą w rodzaju Rumiko Takahashi, Akiry Toriyamy czy Hiromu Arakawy, powiedzmy jednak, że na mangakowym bucket liście ma odhaczonych większość pozycji.

Na czym mangaka zarabia? Z tego co wiem, w kwestii przychodu mowa o pewnej sumie za stronę manuskryptu, do tego dochodzą tantiemy za mangi, anime, gry, filmy, zabawki i całą resztę… O ile jest cała reszta, ale w przypadku Ishidy jak najbardziej jest. Są jednak też koszta, i to spore – sprzęt, materiały, asystenci, nieraz i biuro. Tu wiele zależy od samego artysty – jaki sprzęt, ilu asystentów, czy i jakie biuro. No i nieszczęsne podatki… Będę z Wami szczera: nie mam czasu grzebać w sieci w poszukiwaniu dokładnych informacji, co i jak. Nie o tym chciałam pisać. Dlatego w dużej mierze pewne rzeczy sobie zwyczajnie pozakładam. I przy tym zakładaniu mam zamiar stosować wersję pesymistyczną, w której bycie mangaką jest cholernie kosztowym interesem.

Poniżej trochę obliczeń – pierwotnie miało być wszystko w ładnych tabelkach, ale uznałam, że bez mojego komentarza całość będzie bardziej absurdalna niż jest. A że całość jest oczywiście w zaokrągleniu, na oko i pi razy drzwi… Zawsze coś.

W odniesieniu do innych

Eiichirō Oda został wyceniony na 2 miliardy jenów rocznie (źródło). Artykuł używa wprawdzie słowa „income”, czyli dochód, ale podejrzewam, że chodziło im o przychody.

Najprościej mówiąc, przychód to zarobek. Dochód jest tym, co zostaje z przychodu po odjęciu kosztów i opodatkowaniu.

Ponieważ jednak „One Piece” rocznie sprzedaje się w podobnej ilości, co TG sprzedał się w ogóle (odpowiednio 32 miliony i 37 milionów egzemplarzy), załóżmy, że te 2 miliardy jenów (66 450 000 złotych) to cały przychód Ishidy przez siedem lat. Daje to około 286 milionów jenów (9 500 000 zł) rocznie. W Japonii zarobki podaje się w wymiarze rocznym, ale jak komuś się nie chce dzielić – mówimy o 792 tysiącach złotych miesięcznie. Minus koszta oczywiście.

Zakładając, że japońskie prawo i umowy z wydawcami są wyjątkowo do bani, założę, że koszta jego działalności wynoszą około 75% przychodu. Daje to nam 71,5 miliona jenów (rocznie) po odjęciu kosztów i trochę ponad 26 milionów jenów (860 tysięcy złotych) po opodatkowaniu. Dla wygodnych – ponad 2 miliony jenów (około 71,6 tysiąca złotych) miesięcznie.

Trzeba też pamiętać, że w Japonii ceny są inne, chociaż… Nie aż tak bardzo. Czynsz w Tokio wynosi średnio 80 tysięcy jenów miesięcznie na osobę, choć w niektórych lokalizacjach jest półtora raza wyższy – nawet 120 tysięcy jenów (prawie 4 tysiące złotych) miesięcznie na osobę (źródło). Owszem, to sporo, ale jakbym chciała zamieszkać w Warszawie przy którejś z głównych stacji metra, wyszłoby mi 2,5-3 tysiące złotych z opłatami.

Zresztą, średni roczny dochód dla mężczyzny w okolicach trzydziestki wynosi w Japonii około 5 milionów jenów (źródło). W sektorze finansowym średnia pensja 8 milionów jenów. Nawet, jeśli moje obliczenia są bez sensu i Ishida zarobił dużo mniej… Nadal zarobił więcej niż wynosi średnia krajowa. A jest duża szansa, że owszem, moje obliczenia są bez sensu i zarobił dużo więcej.

Licząc inaczej

Jeśli wierzyć „Bakumanowi”, początkujący autor dostaje 9000 jenów (około 300 zł) za stronę. Zakładając, że Ishida dostawał średnio 10 tysięcy – bo tak wygodniej liczyć, a i prędko przestał być początkującym – na samej publikacji w magazynie zarobił około 65 milionów jenów. W siedem lat. Rocznie daje to około 9,3 miliona. Po odliczeniu 75% dla asystentów i około 50% podatku (bo tyle mniej więcej wychodzi, choć liczy się to trochę inaczej) zostawałoby około 1,2 miliona jenów. To już nie tak dużo, nie?

Jeśli zaś nie wierzyć „Bakumanowi”, to jest to bardziej 50 tysięcy jenów (niecałe 2000 zł) za rozdział. Czyli 100-200 złotych za stronę.

Ale są jeszcze tomiki, czyli tankōbony. Internety (a także Anime News Network w podlinkowanym artykule o Odzie) sugerują 10% zarobku od każdego sprzedanego egzemplarza mangi. Tomik kosztuje średnio około 500 jenów (16-17 złotych). Dawałoby to każdorazowo 50 jenów (1,6 zł) zarobku dla twórcy.

37 milionów egzemplarzy, z każdego 50 jenów – to dalej 1,85 miliarda jenów. Trochę więcej niż u Ody, gdzie było 1.29 za 32 miliony, ale i cena wyjściowa była inna (400 i 500 jenów), a do tego wpadło jeszcze te 5 milionów więcej.

Ponownie dzielę ten wynik na siedem, bo mówimy o siedmiu latach – dostajemy 264 miliony jenów rocznie. I ponownie odejmując koszta i podatek – zostają 33 miliony jenów. Rocznie. Z magazynem to ponad 34 miliony jenów za samą mangę.

„Tokyo Ghoul” dostał trzy (niedługo 4) sezony anime oraz dwie OVA, film aktorski, nowelki, gry (mobline i na konsolę), a także pierdylion gadżetów. Tantiemy na to wszystko podobno także oscylują wokół 10%. Z tego też swoje wpada.

Podsumowując

Bycie mangaką opłaca się, ale tylko tej garstce osób, której udaje się sprzedać konkretną ilość egzemplarzy tankōbonów. Około 4,5 miliona tomików daje 5 milionów jenów, czyli średnią krajową. Zanim stwierdzicie, że to mało – takie mangi jak „Kuroshitsuji” (26,6 miliona w 12 lat) czy „Magi” (23 miliony w 8 lat) nie wyciągają takiej rocznej średniej. Oczywiście, są jeszcze tantiemy i tak dalej…

Moje obliczenia, podkreślam jeszcze raz, są gdybaniem. Wiem ile mniej więcej autor dostaje za tom, wiem ile tomów się sprzedało i w jakim okresie (znalazłam mniej-więcej dane dla poszczególnych lat, ale to znowu jeszcze gorsze gdybanie). Wiem, ile mniej więcej wynosi podatek dochodowy w Japonii i jak go policzyć.

Cała reszta to zgadywanie, ale… 34 miliony rocznie. Niech będzie 40 ze wszystkim. Nawet jeśli się pomyliłam, i koszty bycia mangaką wynoszą 90%, jeśli są jakieś dodatkowe opłaty, cokolwiek – niech zarobi 20 milionów rocznie. Niech zarobi 10. I tak stawia to Ishidę w wyższej klasie średniej.

A przecież bardziej prawdopodobne jest, że moje obliczenia były zbyt pesymistyczne. Może koszta wynoszą 50%? A może 30%? Może jest tak, że Ishida ustawił się tą jedną serią do końca życia? W końcu i „Kuroshitsuji”, i „Magi” to doskonale sprzedające się tytuły, które dorobiły się własnych serii anime i wydań na całym świecie. A przy kosztach 30% wystarczy sprzedać 700 tysięcy tankōbonów, żeby osiągnąć średnią krajową.

Po co właściwie liczyłam to wszystko? Bo chcę napisać trochę o tym, jakie są moim zdaniem prawa i obowiązki artysty, który na swojej twórczości zarabia. Chcę skomentować kilku takich artystów – nie tylko Ishidę (choć jego najmocniej), ale także kilku innych mangaków oraz pisarzy – a także ich podejście do pracy. Nie podoba mi się też kilka innych aspektów tego biznesu i chcę je w przyszłości poruszyć. A do tego potrzebowałam ustalić kilka liczb, nawet bardzo ogólnie i na oko; żeby mieć się do czego w przyszłości odwoływać.

Końcowa puenta? Mainstreamowi mangacy zarabiają bardzo dobrze.

Reklamy