Tagi

, , , ,

Oto dostaliśmy rozdział jedyny w swoim rodzaju; Ishida znów wszystkich bardzo zaskoczył, a fandomowi poopadały szczęki, choć powód jest nieco inny niż zwykle – bo nie szokuje samo zdarzenie, ale ilość poświęconego mu miejsca oraz dokładność przedstawienia. W końcu seinen seinenem, ale kiedy ostatni raz w jakiejś niepornograficznej mandze dostaliśmy całe dwadzieścia stron seksu?

Zacznę jednak od fandomowych przeżywaczek, bo dawno nie widziałam tak dużego zróżnicowania opinii w żulowym fandomie – zwykle mamy do czynienia z wyraźnym podziałem na dwa obozy: niezadowoleni kłócą się z zadowolonymi bądź oburzeni próbują podburzyć tych, którym sprawa zwyczajnie zwisa. Tym razem koloryt jest jednak znacznie większy – co wcale nie znaczy, że dyskusje są na wyższym niż zwykle poziomie, ani że zwykły podział na entuzjastów i narzekaczy przestał obowiązywać.

Z kamerą wśród fanów

Lista narzekań jest nadzwyczaj długa i bogata, bo chyba żadne wydarzenie w historii całego ghoulowego uniwersum nie wzbudziło tak wielu i tak różnych emocji.

Jest więc ta część fandomu, która klasycznie palić będzie mangę – tym razem z powodu niespełnionych oczekiwań shipowych. Widzieli przecież kogoś innego u boku Kanekiego i czują się osobiście urażeni tym, że stało się to, czego można się było spodziewać od pierwszego tomu TG. Natknęłam się nawet na jakieś zawiedzione yaoistki, choć im przecież kanon rzadko przeszkadza w wiedzeniu lepiej, jak było naprawdę i kto z kim na jakie sposoby. Okazało się jednak, że istnieje jakaś grupa wierząca gorąco, że Kaneki będzie jednak z Hide… I wcale nie jest to ta sama ekipa, która kilka tygodni temu upierała się, że pytanie Touki „Czy jesteś prawiczkiem?” oznacza „Czy Jason cię zgwałcił?” Dość mocno zniesmaczyło mnie także odkrycie, że sporo osób doszukuje się potwierdzenia romantycznej relacji między Kenem a Hide w rozdziale 124, bo z jakiegoś powodu ludziom nie mieści się w głowach, że można tęsknić za przyjacielem.

Jest także sporo osób, które zajmują się teraz podśmiechujkami i rzucają teksty o hentaiach. Niektóre dowcipy przez chwilę były nawet zabawne (głównie te, które pojawiły się tuż po publikacji TG:re 124), ale w takiej ilości są zwyczajnie nudne. Trzeba jednak przyznać, że fani starają się być kreatywni; zdecydowanie nie jest to humor najwyższych lotów, ale wtórny był tylko temat regenerującej się błony.

Bardzo popularny jest temat death flaga, którą niektórzy bardzo dosłownie dostrzegają w tkaninie, którą widzimy pod bohaterami (to chyba ściągnięta z okna zasłona?) Za śmiercią Touki, ich zdaniem, przemawia kolorowa strona z TG:re 122. Inni przepowiadają jej poronienie, także takie połączone z trwałym uszkodzeniem organów rodnych i wynikającą z tego bezpłodność, choć nikt nie raczy wyjaśnić, dlaczego miałaby nie mieć możliwości regeneracji tych obrażeń prędzej czy później. Uważam, że panikują i przeżywają (bądź cieszą się) na wyrost, bo sensei jest jednak dość miękki – może i znęca się nad swoimi bohaterami, ale wróżę jednak, że zakończy swoją opowieść hepiendem. Może przeżyją oboje, może żadne, może jedno z nich zostanie z dziećmi – powtórzyłoby to wtedy historię Kirishimów – ale w tej opowieści dwie pary mają duże szanse na żyli-długo-i-szczęśliwie i są to właśnie Touka i Kaneki oraz Hinami i Ayato. Wprawdzie ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu wiele osób uważa jakąkolwiek formę hepiendu za degradację TG do pozycji „standardowego shounena”, co w żulowym fandomie jest chyba najgorszą obelgą (zaraz obok porównań do Bleacha). O ile jestem w stanie zrozumieć wstręt do cukierkowych rozwiązań, to wstręt do szczęśliwych zakończeń jako takich jest dla mnie sprawą zupełnie niezrozumiałą. Bittersweet oznacza w końcu możliwość mieszania w dowolnych proporcjach słodyczy z goryczą.

Widziałam też głosy stwierdzające, że to wcale nie Touka, tylko Itori, bo ma pieprzyk na biuście. Fakt, mają takowy obie, ale z innej strony i na różnych wysokościach, zresztą – pieprzyk na dekolcie nie jest niczym rzadkim. Mam ochotę zaproponować kilka bardziej unikatowych miejsc na różnego rodzaju znamiona, ale pozostawię to jednak waszej wyobraźni. Teorię o Itori warto jednak przywołać, bo jest przekomiczna – zakłada, że ta włożyła wykonaną przez Utę maskę (nadal czekam na sensowne wyjaśnienia jakim cudem Uta tak skutecznie wciela się w innych) by podebrać Kanekiemu spermę dla Kanou i/lub zajść z nim w ciążę… Ekhm.

Skoro jesteśmy przy ciąży – to kolejna sprawa, którą fandom mocno przeżywa. Oczywiście lecą głupie dowcipy na temat wyciągania i zabezpieczania, jest też sporo porównań do Bleacha i Naruto, ale wiele osób zdaje się przekonanych, że do zapłodnienia jednak doszło i jaka będzie biologia dziecka. Przyznam, że to akurat jeden z ciekawszych problemów poruszanych w dyskusjach. Kaneki ma bardzo wysoki poziom RC, nie jest w stanie spożywać ludzkiego pokarmu, bliżej mu więc do ghula niż człowieka (wyróżnia go właściwie tylko pojedynczy kakugan; BTW Kurona, choć także jest AOEG, ma obecnie oba). Zdaje się też, że sztuczne OEG w niczym nie różnią się od tych naturalnych, o ile jednak wiemy o możliwych dwóch wariantach potomstwa ghula i człowieka (półghul i półczłowiek), to o rozrodzie hybryd nie wiemy już nic. W przypadku zwierząt bywa różnie, choć zazwyczaj płodne są samice (zdarzają się nawet płodne mulice). Ishida, tworząc OEG wzorował się na lygrysach (ang. liger), czyli potomstwu tygrysic i lwów. Zwierzęta te są większe od swoich rodziców, ale wszystkie urodzone do tej pory samce były bezpłodne. Nie wiemy, jak to będzie z Kenem, który jest sztuczną hybrydą, ale nie mogę się doczekać ewentualnych odpowiedzi.

Najbardziej zdziwiło mnie jednak, że sporo osób wydawało się głęboko niezadowolonych – i to nie samym pairingiem, jak czynią to osoby z grupy pierwszej, tylko z… Bo ja wiem? Z tego, że nikt nie dostał po mordzie w tym rozdziale? Że nie lała się krew, nie latały kończyny, nie wylewały się wnętrzności? Zdaje się też, że część fanów uznała tę chwilę szczęścia za preludium do przyszłych nieszczęść, śmierci, cierpień i dylematów. Wiecie – autor będzie mógł znęcać się nad bohaterami na mnóstwo nowych sposobów, bo będzie co rujnować. Natrafiłam nawet na opinię, że ktoś powinien teraz zgwałcić Toukę na oczach Kanekiego, bo to dopiero byłaby prawdziwa tragedia… Wspominałam już, że irytuje mnie robienie z Ishidy jakiegoś pieprzonego sadysty i „trolla”, którego jedynym celem w życiu jest znęcanie się nad bohaterami i dokuczanie czytelnikom? Czy naprawdę tak trudno zauważyć, że cierpienie jest częścią historii, a nie historia pretekstem do torturowania postaci?

Niektórzy próbują zachowywać się tak dorośle, że popadają w przesadę – na przykład na jednym z fejsbukowych fanpejdży admin pisał, że to bardzo ładny rozdział, ale osoby, które „nie przepadają” za takimi scenami powinny po prostu go ominąć i udawać, że nie istnieje – uważam, że to dość kuriozalne podejście. Zdaję sobie sprawę, że istnieją osoby wrażliwe na pewne treści, ale litości – w TG mamy ludożerstwo, kanibalizm, tortury, molestowanie, znęcanie się, mordy, rzezie i cholera-wie-co-jeszcze. Wydaje mi się, że wrażliwcy, których mogą oburzać lub gorszyć dorośli ludzie uprawiający seks, porzucili tę serię jakiś czas temu. Jestem w stanie wyobrazić sobie wprawdzie kilka powodów, dla których ktoś może nie przepadać za takimi scenami, a z jakiegoś powodu nie mieć problemu z ilością przemocy w tej serii, ale litości! To tylko dwadzieścia stron i to całkiem porządnie rozrysowanych. Zresztą…

Łaa, a oni się ruchajom!

Jest taki bardzo dobry komiks, który swoją drogą bardzo wszystkim polecam. Nazywa się Saga, autorami są Brian K. Vaughan i Fiona Staples. Jest tam i space opera, i fantasy, i Romeo-i-Julia, i absolutnie odjazdowi bohaterowie, ale nie o tym miałam. Otóż na samym początku mamy taką stronę:

Jak się szybko okazuje, bohaterka rodzi, poród odbiera jej partner, a wszystko odbywa się w jakiejś dziurze i w warunkach polowych, ponieważ są uciekinierami i rozmaici prześladowcy depczą im po piętach – a to tylko początek ich przygód.

Moja reakcja na ten poród w Sadze i na seks w TG była taka sama – najpierw lekkie lol, bo zupełnie się tego nie spodziewałam, a zaraz po tym dziki zaciesz. Tylko przy porodzie cieszyłam się znacznie bardziej, bo cholera, to jedna z najlepszych scen otwierających historię jakie znam. Jest w niej wszystko – hitchcockowe trzęsienie ziemi, znakomite wprowadzenie i zarysowanie bohaterów oraz ich sytuacji, szczypta humoru i obietnica bezkompromisowości autorów w przedstawianiu historii. I pewnie znalazło się też sporo osób, które wspomniana scena obrzydziła lub oburzyła, ale wiecie co? Tak to już jest z fizjologią – piękna to ona nie jest, ale robienie z niej tematu tabu jest równie absurdalne co nadmierne jej przeżywanie.

Wiele osób przeżywa ten rozdział zapewne dlatego, że w mangach rzadko pokazuje się tak dokładnie seks – wyjątkami są hentaie i joseie. Seineny, takie jak Berserk, od tematu może nie stronią, ale używają przy tym jednak nieco innej narracji. Pojawiły się też dość liczne oskarżenia oskarżenia, że Ishida raczy nas fanserwisem by podkręcić spadającą sprzedaż. Co z tego, że w 2016 TG:re (liczący wówczas 9 tomów) znajdował się na liście 10 najlepiej sprzedających się mang? Ech.

Przyznam, że na potrzeby tego tekstu przeczytałam naprawdę wiele komentarzy i przy 3/4 z nich miałam ochotę wydłubać sobie oczy. Przy pochlebnych także, żeby nie było – abstrahując od żenujących dowcipów, zadziwiająco wiele wyznań dotyczyło masturbacji bądź podniecenia seksualnego w trakcie lektury. Zakładam, że większość z nich nie była na serio, ale dawno Internety nie wywołały u mnie tylu facepalmów.

Po co ten seks

Nie każda scena – nawet tak długa, że obejmuje cały rozdział – musi gonić fabułę do przodu. Nie każda scena musi być wypełniona akcją lub dialogami. Widzę komentarze, że autor „zmarnował rozdział” i szlag mnie trafia, bo nikt nie rzuca takimi tekstami przy kolejnych walkach. Pamiętam zresztą święte oburzenie, gdy sensei uciął starcie z Aurą i Mouganem – w końcu napieprzanka jest sooo badass, a seks niekoniecznie.

Swoją drogą takie przedstawienie stosunku seksualnego w moim odczuciu było bliższy joseiom niż seinenom, choć senseiowi udało się stworzyć coś naturalnego i neutralnego, bez popadania w problemy obu gatunków. Jednak szczegółowość i emocjonalność tych dwudziestu stron miała w sobie coś mocno kobiecego. Dokładność, niepopadająca jednak w pornografię, pozwoliła autorowi przemycić bardzo dużo treści w tym rozdziale, nawet jeśli spora część czytelników zarzuca mu bezsensowność, nieadekwatność i brak fabuły.

Nie jestem psychologiem. Postępowanie Touki i Kena jest dla mnie zrozumiałe i logiczne, nie czuję się jednak na siłach by pisać esej na ten temat – wymagałoby to bardzo uważnej lektury pod konkretnym kątem, a poza tym… Uważam, że ta historia broni się sama, a jednym z jej największych atutów jest brak dosłowności. Ishida nie po to bawi się w symbolizm, nie po to nie wkłada w usta bohaterów szczerych monologów zdradzających ich myśli i uczucia, nie po to pokazuje nam, jak okłamują otoczenie oraz samych siebie, żebyśmy uznawali tylko jedną słuszną interpretację tej historii. Od samego początku odwala kawał dobrej roboty w kwestii ukazywania nam psychiki Kanekiego i przemian, które dokonują się w głównym bohaterze, ale unika dawania nam jednoznacznych odpowiedzi. Jedynym powodem, dla którego zaglądam jeszcze, co fandom wypisuje, jest to, że czasem natrafiam na interpretacje zdarzeń zupełnie inne niż moje własne, co fantastycznie wzbogaca odbiór opowieści.

TG:re 125 uważam za naturalną konsekwencję tego, kim bohaterowie są, co przeżyli i co obserwowaliśmy przez te poprzednie 267 rozdziałów. Co więcej, mam pewne podejrzenia co do motywacji Ishidy przy takim a nie innym przedstawieniu tej sceny i dlatego nie zgadzam się z opinią, że powinniśmy zobaczyć scenę pocałunku, po której narracja przeskoczyłaby do ostatniej strony, czyli pokazania bohaterów „już po”, resztę zostawiając domyślności czytelnika.

Ale ileż pięknych drobiazgów było w tym rozdziale! Dawno nie śledziłam tak uważnie każdego kadru. Nie twierdzę, że jest idealnie – sensei ma ewidentnie problemy z rysowaniem biustu, piersi Touki znacznie skaczą po rozmiarach, Ishida nie radzi sobie zupełnie z ich kształtem i tym, jak powinien się zmieniać – ale cholera, to jeden z ciekawszych i fajniejszych rozdziałów, jakie ostatnio otrzymaliśmy.

Przede wszystkim dostaliśmy EMOCJE. Tak, wiem, cały czas niby takowe dostajemy, ale ostatnio zrobiło się to nieco monotonnie. Wiem, że fandom lubi grzmieć, że TG to tragedia, ale wydaje mi się, że sequel powstał właśnie dlatego, by się od tej tragedii pierwszej części trochę odciąć, żeby Kaneki z męczennika i ofiary mógł stać się przywódcą rewolucji, Mesjaszem nowego porządku.

Poza tym dobra historia, bez względu na jej ostateczny wydźwięk, powinna zapewnić czytelnikom pełne spektrum emocjonalne, a ostatnio ciężar historii jednak zdecydowanie zbyt mocno skupił się na akcji – sceny mocniej pokazujące relacje, rozmowy, przemyślenia były upychane na kilku kadrach gdzieś między jedną a drugą rozróbą. Te dwadzieścia stron seksu było świetnym wytchnieniem od tej ciągłej walki.

Zachwyciła mnie ta odrobina komizmu, świetnie podkreślająca naturalność i niezdarność ich pierwszego razu (choć w sumie i tak nieźle im poszło): problemy obojga z garderobą (zaklinowana w bluzce Touka, Ken nieradzący sobie z rozpięciem biustonosza), zaznaczanie rozwoju sytuacji poprzez powolne pozbywanie się przez nią ubrań, niepewność Kanekiego i zdecydowanie oraz cierpliwość Touki, zapewniającej go ciągle, że wszystko jest w porządku. Wreszcie jej uśmiech, jego łzy i te pełne oddania objęcie na końcu. Chociaż nie – na końcu mamy motyla.

Wprawdzie Internety krzyczą mi, że to Tarot, lustrzane odbicie 19 lub odwrócone 16 – ale te karty mają skrajnie różne znaczenia i można sobie gdybać. Inna sprawa, że rozdział zaczyna się i kończy motylem. Co więcej, jestem przekonana, że to ten sam motyl, którego widzieliśmy w dłoni młodego Arimy (rozdziały 74 i 83). Marny ze mnie lepidopterolog, ale jestem prawie pewna, że to przedstawiciel rodzaju Byasa. Skrzydłopodobne coś widzimy też na plecach Touki. Ktoś tam przebąkiwał o ważce, ale po mojemu miało być chyba bardziej anielsko jeśli już.

Dla kronikarskiego obowiązku wspomnę, że powyższe ujęcie bardzo przypomina art Ishidy wykonany dla zespołu Osterreich. Nowe ujęcie z Touką i skrzydłem podoba mi się dużo bardziej, ale lewa stopa Kena uległa jakiemuś przedziwnemu wykrzywieniu – w pierwotnej wersji nie miał jej tak nienaturalnie wykrzywionej.

W ogóle upewniam się w przekonaniu, że Ishida jest bardzo młody. Wiem, że niektórzy nadal upierają się przy tym, że Ishida Sui to tak naprawdę pseudonim Yoshihiro Togashiego, ale uważam to za jedną z głupszych teorii dotyczących TG jakie widziałam (a tych jest całkiem sporo).
Wielu znanych mangaków zadebiutowało jako nastolatkowie (Ai Yazawa, Tite Kubo, Yuu Watase i Takeshi Obata dla przykładu). Tokyo Ghoul jest już z nami trochę ponad sześć lat, ale nie zdziwiłabym się, gdyby Ishida także zaczął młodo. Najlepiej moim zdaniem świadczy o tym ogromna ewolucja strony wizualnej TG, ale także dość świeża sprawa… burzy hormonów nazwijmy to.
Nie czuję się do końca komfortowo ubierając to przeczucie w słowa, bo teorii spiskowych nie lubię, ale od pewnego czasu możemy zaobserwować pewną istotną zmianę w pracach senseia i dotyczy ona właśnie większej liczby elementów związanych w jakimś stopniu z seksem. Jedną z nich było paskudne stwierdzenie, że Rize w swoim pierwotnym projekcie przypomina świnię – dlatego w redrawnie pierwszego rozdziału bohaterka oberwała monstrualnym biustem, na którego widok nadal dostaje czkawki. Touce też znacząco urosły piersi – wprawdzie, jak już pisałam, autor sam nie potrafi się zdecydować, jakiej właściwie mają być wielkości – i na wielu kadrach były bardzo podkreślone. O gołej armii doktorka Kanou nawet nie wspomnę.
Niektórzy wyglądają jak wzięci z Shingeki, nie?

Koniec!

Ale przecież nie dostaliśmy żadnej zapowiedzi nowego rozdziału i to jest powód do przeżywania, a nie jakieś tam seksy! Czy oznacza to, że serio czeka nas dłuższa przerwa i część trzecia? Jedenasty tom TG:re zapowiedziany jest na 19 czerwca, ale nadal nie wiemy, kogo zobaczymy na okładce. Internety twierdzą, że w tomiku znajdą się rozdziały do 122 włącznie, ale nie dogrzebałam się do potwierdzenia tej informacji. Może upchną jeszcze trzy? A może wcale nie mam racji i czeka nas jeszcze jakaś rozróba pod koniec?

Moim zdaniem sensei mógłby zakończyć TG:re w tym momencie, zrobić sobie przerwę w pracy (tak ze trzy miesiące przynajmniej) i zrobić kolejny przeskok w czasie. Poprzednio sprawdziło się to bardzo dobrze.

Advertisements