Tagi

, , , , , ,

Do twórczości Kinga zawsze miałam stosunek wielce podejrzliwy.

W młodości zdarzyło mi się przeczytać Carrie, ale moje wrażenia po lekturze sprowadzały się głównie do zdziwienia, może lekkiego niesmaku – bo oto książka, o której tyle słyszałam, nie okazała się niczym szczególnym. Podejrzewam, że byłam na nią jednak odrobinę zbyt smarkata, przez co nie przeraziło mnie to, co w debiucie Kinga najbardziej przerażające, czyli fanatyzm religijny. I chociaż nie śpieszy mi się do ponownej lektury, nie wątpię, że w końcu nadejdzie moment, gdy sięgnę po nią ponownie. I zapewne stanie się to prędzej niż później, bo tak się złożyło, że zamieszkały ze mną trzy fanki mistrza grozy – a uwierzcie, trudno jest nie czytać Kinga, gdy w waszym domu wszyscy czytają Kinga, a całe zastępy cegieł o białych i czarnych grzbietach zerkają na was z półek.

Na Cztery pór roku zdecydowałam się z dwóch powodów. Pierwszym były zachęcające komentarze Lisowej, która dawno już nie czytała żadnej książki tak energicznie. Drugim – fakt, że spośród czterech minipowieści trzy doczekały się ekranizacji, które wiszą na mojej liście filmów do obejrzenia (inna sprawa, że ta lista liczy ponad dwa i pół tysiąca tytułów, więc nietrudno się na niej znaleźć).

Na pięciuset stronach znalazły się cztery minipowieści o bardzo różnej długości i tematyce, Kingowi udało się jednak zgrabnie uzasadnić wydanie ich w formie jednej książki. Aż prosi się, by użyć tego klucza do analizy treści i nie mam najmniejszego zamiaru oprzeć się tej pokusie.

Wiosna nadziei

Tytuł Skazani na Shawshank obił się chyba o uszy każdemu, chociaż raczej w kategoriach kinowych. Ten słynny film w reżyserii Franka Darabonta ma wstrząsająco dobre recenzje na każdym liczącym się portalu i aż dziwi brak najbardziej liczących się nagród filmowych. Chociaż, jeśli się nad tym zastanowić – powszechny zachwyt chyba skutecznie je zastępuje?

Sama minipowieść nie zachwyca aż tak bardzo. Owszem, jest dobra – nawet bardzo – ale narrację bardzo zakłóca nadmiar dat. Nie boję się dat, historia zawsze była jedną z moich ulubionych dziedzin wiedzy, ale tym razem niesamowicie wytrącały mnie z opowieści. Przyczynił się do tego bez wątpienia zapis słowny – jak najbardziej poprawny – ale gdzieś w okolicach trzeciego lub czwartego „tysiąc dziewięćset któryś” mój mózg zaczął wierzgać i dopominać się robienia notatek. Irytowało mnie to na tyle, że chociaż lektura przebiegła sprawnie i szybko – w końcu to niecałe sto stron – nie potrafiłam zbytnio wczuć się w nastrój tej noweli – a przecież jest to świetna historia o determinacji i nadziei. No i narratora w ekranizacji gra Morgan Freeman. Bardzo szybko zamiast wyobrażać sobie Shawshank zaczęłam słyszeć Morgana Freemana czytającego poszczególne słowa. To chyba była najprzyjemniejsza część tego opowiadania, które podkreślam – jest bardzo dobre. Jednak nie aż tak dobre jak…

Lato zepsucia

Pojętny uczeń jest moim absolutnym faworytem. To najdłuższa i zdecydowanie najcięższa z przedstawionych w tej książce historii. Tutaj też nie mogłam odpędzić się od filmowych skojarzeń, choć Ucznia szatana (polski tytuł także straszy) jeszcze nie oglądałam – Ian McKellen zdaje się być perfekcyjnie dobrany do roli Dussandera. Po obejrzeniu trailerów i materiałów z kręcenia tego filmu nie mogę się wprawdzie oprzeć wrażeniu, że Bryan Singer paskudnie uprościł tę opowieść, ale i tak nie mogę doczekać się Iana.

Wracając jednak do prozy Kinga – jest naprawdę doskonała. Dawno nie czułam się tak sponiewierana. Moje emocje tańczyły dokładnie tak, jak autor im zagrał, a w tym wszystkim rodziło się zmieszanie i chora fascynacja, bo oto Kingowi udało się sprawić, że zaczęłam kibicować hitlerowskiemu zbrodniarzowi. Dussander jest wprawdzie potworem, nie ma co do tego wątpliwości, choć zdziadział i wyszedł z wprawy – jednak jest potworem w pewien sposób już oswojonym, bo oczywistym. Postawiony w rzędzie z licznymi prawdziwymi i fikcyjnymi nazistami niespecjalnie wyróżnia się z tłumu. Do tego z początku trochę walczy sam z sobą, bardziej ze strachu niż z powodów moralnych, ale jednak trzyma się tej nudnej codzienności, w której jest tylko paskudnym, samotnym starcem.

Inaczej jest z drugim bohaterem tej historii. Todd jest postacią prawdziwie obrzydliwą i nie trafiają do mnie żadne dyrdymały o dziecinnej ciekawości. To nie Dussander go wypaczył – ten dzieciak od początku był aż nadto chętny do nauki bestialstwa. Pewnie dałoby się wyprowadzić go na dobrą drogę, jednak zadurzone w nim otoczenie do samego końca woli pozostać ślepe. Spotkanie ze starym nazistą podsyciło to, co już w nim było – a nawet bez tego rozwinęłoby się pewnie samo, tylko nieco później. Zło starca po części wyjaśnia wojna i zinstytucjonalizowanie zbrodni. Zła w sercu dzieciaka nie usprawiedliwia nic.

Nie jestem jeszcze specjalistą od Kinga, ale jeszcze długo będę twierdzić, że to jedno z najlepszych jego dzieł.

Jesień niewinności

Ciało, druga pod względem długości minipowieść, także doczekała się ekranizacji – w Stań przy mnie z 1986 roku zagrali m.in. młodziutki River Phoenix oraz kapkę starszy Kiefer Sutherland.

Czterej przyjaciele w tajemnicy przed rodzicami wyruszają w poszukiwaniu zwłok zaginionego rówieśnika. Wychowani w rodzinach dysfunkcyjnych, pozbawieni właściwej opieki i uwagi dorosłych, mają już po naście lat, jednak trudno nazwać ich jeszcze nastolatkami. Ta wyprawa zmieni nie tylko ich relacje, ale też ich samych – a także przypieczętuje ich los. A przynajmniej tak twierdzi narrator, który po wielu latach wspomina ostatnie lato swojego dzieciństwa.

Ciało czytało mi się w pewien sposób trudniej niż Pojętnego ucznia. Przerastała mnie przede wszystkim przerażająca patologia, w której dorastali chłopcy. Niepojęte było także dla mnie postępowanie grupy starszych nastolatków, męczących te młodsze dzieci. W moim dzieciństwie obowiązywały zupełnie inne reguły; śledząc perypetie Gordona i spółki nie czułam nostalgii, tylko coś na kształt przerażenia. Im bardziej myślę o tym, że były i są dzieci, które dorastają w takich warunkach, tym bardziej robi mi się słabo i coraz bardziej upewniam się w przeświadczeniu, że niektórzy ludzie nie powinni zostawać rodzicami.

Zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno wszystko ze mną w porządku, skoro zamiast o dziecinnych wygłupach wolę czytać o nazistowskich zbrodniarzach i ich uczniach.

Zimowa opowieść

Uważana przez wielu za najsłabszą część zbiorku Metoda oddychania jako jedyna nie doczekała się przeniesienia na ekran. Powiadam wam jednak, że tę historię jako jedyną łyknęłam na raz, i to wcale nie dlatego, że była najkrótsza.

Metoda jest szkatułką – tytułowa opowieść o oddychaniu jest w moim mniemaniu swoistym pretekstem do zapoznania czytelnika z klubem spod 249B. Nie, żeby nie była interesująca – jednak miejsce, w którym jest przytaczana, znacznie bardziej pobudza wyobraźnię, a tajemniczy Stevens jest jedną z najbardziej intrygujących postaci, na jakie ostatnio natrafiłam, szczególnie w powiązaniu z Mroczną Wieżą.

Metoda jest powiastką, najtrudniej dopatrywać się w niej głębi, jednak klimat Klubu zdecydowanie do mnie przemawia. Sam pomysł to niby nic szczególnego – tajemne miejsce o bardzo klasycznej atmosferze – autorowi udało się jednak sprawić, że rzeczywiście poczułam się, jakbym siedziała w jednym z foteli przed kominkiem i słuchałam opowieści doktora McCarrona o Sandrze Stansfield.

Werdykt

Nie kupię, bo mamy już jeden egzemplarz w mieszkaniu, ale za kilka lat sięgnę po ten zbiór z przyjemnością. Zapewne nie w całości na raz, jednak z przyjemnością odświeżę sobie Ucznia, Metodę, Skazanych Ciało. Dokładnie w tej kolejności.

Czy wielbiciele Kinga będą zadowoleni nie wiem, ale uważam, że książka nikogo nie rozczaruje.

Advertisements