Tagi

, , , , , , ,

Dzisiaj krótka opowieść o zakupach w ciemno oraz uprzedzeniach z przeszłości przez które może ominąć spora frajda i dlaczego należy ufać swoim odruchom. W tłumaczeniu z naszego na polski – o tym, jak kupiłam nową mangę autora, którego najpopularniejsza seria zraziła mnie do siebie bardzo temu i dostałam ataku dzikiego fangirla już po trzecim rozdziale.

Drifters 1/?

Nie jestem fanką Hellsinga. W dawnych, smarkatych czasach obejrzałam odcinek czy dwa, ale jakoś seria – oraz jej główny bohater – na tyle mnie do siebie nie przekonali, że do tej pory nawet nie próbowałam dać im drugiej szansy. No wiecie – w tamtych czasach jarałam się Elfen Lied Higurashi no Naku Koro ni, a mimo to skreśliłam Hellsinga, bo Alucard kojarzył mi się z dowcipami o Chucku Norrisie, tylko zrobionymi zupełnie na poważnie, wiecie… Zabili go, a on odwinął im z półobrotu… I chociaż czasem miewałam wątpliwości, czy się trochę w ocenie nie rozpędziłam, jakoś niespieszno mi to było sprawdzać.

Dlatego informacja o pojawieniu się na naszym rynku kolejnego dzieła Hirano-senseia wzbudziła we mnie dość mieszane uczucia. J.P.Fantastica jest zdecydowanie moim ulubionym polskim wydawnictwem mangowym i zawsze po cichu liczę, że w jego ofercie pojawią się kolejne interesujące mnie pozycje, dlatego cokolwiek zgrzytam zębami, gdy ogłaszają tytuły, których kupować nie zamierzam. Paweł Dybała jest w końcu tylko jeden i nie jest w stanie tłumaczyć wszystkiego… No dobra, mamy też w Polsce innych dobrych tłumaczy, ale ostatnimi czasy tylko ekipie JPF udaje się spełniać moje wymagania względem jakości swojej pracy na każdym możliwym polu. Ale odbiegam od tematu.

Ciekawość oraz mangoholizm jednak zwyciężyły; wystarczyło, że pierwszy tom Drifters popatrzył na mnie z półki wkrótce po swojej premierze bym przytachała go do domu z poczuciem, że znowu kupiłam coś kompletnie w ciemno. Potem była jednak sesja, a później wyjazdy, więc dopiero teraz mogłam przysiąść i poczuć ten dreszczyk, zapewne dobrze znany wszystkim hazardzistom – wyrzuciłam w błoto niecałe dwie dyszki czy nie?

Treść

Dwie tajemnicze acz człekokształtne istoty – Purpurowy o oczach rodem ze Spirali oraz Easy cierpiąca na objawy bycia zbuntowaną nastolatką – prowadzą ze sobą grę czy tam wojnę, mało na razie wiadomo o ich konflikcie, oprócz tego, że jest podstawą całego zamieszania. Do bardzo fantasy świata, zamieszkiwanego przez zniewolone i dość pierdołowate elfy oraz ludzi (chyba), smoki (bardzo gadzie) i świńskich komandosów (choć mowa jest też o krasnoludach, goblinach i hobbitach) –  wysyłają wojowników z naszego świata. W zależności od tego, po której staną stronie tytułowani są „driftersami” (ci od Purpurowego) bądź „odpadami” (armia Easy). Jak nietrudno domyślić się po tytule, to ci pierwsi robią za „tych dobrych” i póki co z ich perspektywy obserwujemy historię.

A może nie tyle z „ich” perspektywy, bo głównym bohaterem jest póki co bez wątpienia członek rodu Shimazu, Toyohisa, czyli pan „twoja-głowa-należy-do-mnie”, który zalatuje odrobinę Erenem, ale da się go lubić. W obcym miejscu szybko natrafia na dwóch swoich rodaków – Odę Nobunagę oraz Nasu-no Suketakę Yoichiego i we trzech dają popalić tubylcom-ludziom, pastwiącym się nad tubylcami-elfami. Ale podczas gdy trzech samurajów podbija niewielką wiochę, na północy dochodzi do wielkiego starcia wrogich armii, w których także nie brak przybyszy z naszego świata…

Ustalmy jedno – autor Drifters, Kouta Hirano, jest absolutnie szalony. Bez żadnych oporów wrzuca do fantastycznego świata postaci z historii powszechnej. Przodują rzecz jasna Japończycy, ale większość nazwisk znana jest dzięki popkulturze. Po stronie dryfujących zobaczymy więc Hannibala (tego od Kartaginy, nie od Hopkinsa) oraz Rzymianina Scypiona Afrykańskiego, dwóch bandziorów prosto z Dzikiego Zachodu – Butcha Cassidy’ego oraz Sundance’a Kida, japońskiego pilota z frontu II WŚ – Kanno Naoshiego oraz właśnie naszą samurajską trójkę – z czego Yoichi, choć najmłodszy fizycznie, żył czterysta lat przed swoimi kumplami. Banda odpadów jest znacznie bardziej międzynarodowa – oprócz wicedowódcy Shinsengumi, Hijikaty, po stronie złych walczy ognista Joanna d’Arc oraz lodowa piękność, carówna Anastazja Nikołajewna Romanowa. Poznajemy także byłego dowódcę Yoichiego, Minamoto no Yoshitsune, który zdaje się robić za element chaotyczny neutralny i walczy z kim chce i kiedy chce. Kto dołączy do tej ekipy w kolejnych tomach – trudno powiedzieć, ale z tylnej okładki straszy między innymi Hitler, chociaż Hirano-sensei otwarcie przyznaje się, że „rzyga już naziolami”.

Wykonanie

No dobrze, a teraz pozwolę sobie poinformować Was, że niepotrzebnie czytaliście powyższy akapit, bo fabuła, że tak wstrętnie to ujmę, nie jest szczególnie ważna w tej mandze. Okej, tożsamość oraz konflikt Purpurowego i Easy trochę mnie ciekawią, ale na razie łatwo o nich zapomnieć. Losy fantasy świata także cokolwiek mi wiszą, nie mam również zdania na temat magów z Bractwa Października, którzy niby robią za tych dobrych, ale zdają się być w jakiś sposób powiązani z rasistami, których spacyfikował Toyohisa.

Czy to jednak powód by darować sobie Drifters? Ależ skąd! Fabuła może i jest nieco nieistotna, ale to nie tak, że jej nie ma. Występuje i pewnie z czasem okaże się, że jest całkiem niezłej jakości. Są jednak trzy inne powody, dla których warto sięgnąć po ten tomik – mianowicie humor, bohaterowie i strona graficzna.

Nie będę dzielić wyjaśnień na podpunkty, ponieważ te trzy czynniki splatają się w jedno, które – z braku lepszego pomysłu – pozwolę sobie określić walniętą zajebistością. Toyohisa nie jest może moim ulubieńcem, ale Yoichi i Nobunaga są po prostu doskonali. Trochę ciężko mi zrozumieć, dlaczego JPF zdecydowało się wydać tę serię w standardowym formacie – prawie wszystkie ich nowe tytuły wychodzą teraz w powiększeniu, a Drifters zdecydowanie na powiększenie zasługuje. Do stylu Hirano-senseia trzeba się trochę przyzwyczaić, ale absolutnie uwielbiam to jak bardzo czytelne są kadry, choć autor absolutnie nie waha się nawrzucać tyle linii ile wyda mu się stosowne. Do tego większość projektów (ważnych) postaci jest znakomita – dotyczy to niemalże wszystkich przybyszów od nas (oprócz Toyohisy) oraz Pana Ciemności. Odrobinę bawi mnie, że obaj bohaterowie wojny Gempei – Yoichi i Yoshitsune – są śliczniejsi niż pojawiające się w historii kobiety, ale przynajmniej mam się do kogo ślinić.

Świetnym projektom towarzyszą odpowiednie charakterki, a z tychże wynikają szurnięte scenki humorystyczne, które absolutnie uwielbiam. Bohaterowie są walnięci, całość zakręcona, a we wszystkim czuć niesamowity dystans mangaki do własnego dzieła. Drifters z żadnej strony nie jest opowieścią na poważnie, to dzika jazda bez trzymanki. Akcja jest równie szalona i absurdalna jak sam pomysł, samurajski tercet składa się z trzech wariatów, których interakcje wywołują u mnie zakwasy przepony, a Hirano tak znakomicie przeplata brutalne mordy, epickie bitwy i zakręcone dowcipy, że całość czyta się lekko i przyjemnie. Przemoc nie razi, historii brak nadęcia, a ekipa zalicza się do tych, którzy żartują nawet w obliczu własnej śmierci i cierpienia.

Wydanie polskie

Format jest standardowy, to znaczy – standardowy w przypadku JPF, co oznacza B6, czyli 12 cm x 17 cm. Każde wydawnictwo uprawia własny „standardowy format” i porządnego człowieka może szlag trafić, gdy próbuje układać na półkach mangowe Tetris.

Obwoluta mi się bardzo podoba, to wprawdzie Toyohisa, ale te połączenie czerwieni, jasnego brązu i czerni jest naprawdę przyjemne. W trzech miejscach mamy też wygłupy autora w wersji hard – na okładce, na skrzydle obwoluty oraz przez cztery strony po ostatnim rozdziale. Do tego, jak to często bywa w przypadku pana Dybały, na samym końcu jest jeszcze kilka słów (tj. cztery kartki) o tłumaczeniu, z czego trzy czwarte to wyjaśnienia historyczne.

Do samego tłumaczenia nie mam żadnych ale. Toyohisa gada trochę jak potłuczony, ale w oryginale jego język też jest stylizowany, więc to zrozumiałe. Specyficznie wyraża się też Yoichi, ale akurat jego czyta się bardzo przyjemnie (względnie mam tryb fangirla i łykam wszystko jak leci), a scena gdy gada z elfami jest jedną z moich ulubionych. Tu i ówdzie leci mięso, ale znacznie radośniej wypadają wszelakie łajzy i inne kreatywne określenia, którymi obdarzają się bohaterowie. Naprawdę wulgarnie wyraża się w sumie tylko Kanno, któremu palące miasto smoki przypominają o bombardowaniach Tokio i z oczywistych powodów nie przebiera w słowach.

Jedna rzecz, której się przyczepię, to sprawa „hobbita”. Nacja stworzona przez Tolkiena wykorzystywana jest szeroko w fantastyce, ale ponieważ samo określenie zostało zastrzeżone przez potomków pisarza, powszechnie mówi się o „niziołkach” lub z angielskiego – „halflingach”. Pewnie to sprawka mangaki, a nie pana Dybały, ale trochę mnie to rozbawiło.

Kupić?

Ja kupiłam w ciemno i to był strzał w dziesiątkę, ale nie mam zamiaru nikomu wciskać, że się wszystkim spodoba, bo tak nie jest. Fani Hellsinga powinni być zadowoleni, pozycję powinni też docenić wielbiciele kina w stylu Tarantino i inne skrzywione (to komplement!) jednostki, ale osobom o nieco bardziej ą ę wyrafinowanych gustach (to też komplement) radzę najpierw czytać, potem kupować.

Reklamy