Tagi

, , ,

Dobre historie bronią się same. Prawdziwie dobre historie są jak ogry i cebula – mają warstwy. Mogą czytać je czytelnicy młodsi i starsi, bardziej i mniej wyrobieni, i każdy z nich odnajdzie w nich coś dla siebie. Jednak by to osiągnąć, historia musi być wielopłaszczyznowa – co oznacza też niejednoznaczność i mnogość interpretacji.

Tokyo Ghoul (rozumiany w tym tekście jako cała twórczość Ishidy w tym uniwersum) jest bez wątpienia historią bardzo dobrą. Z oczywistych względów ma sporą rzeszę fanów, wśród których występują duże różnice zarówno w podejściu, jak i odczycie. Wynikają z tego sytuacje różnorakie, w tym bardzo konfliktowe. Do tej pory unikałam mieszania się w ciemną stronę fandomu – nie z powodu braku chęci, ale raczej przeświadczenia, że kto raz wejdzie w ten kocioł, prędko z niego nie wyjdzie, a jestem za leniwa na przerzucanie się cytatami i czepianiem słówek.

Nadeszła jednak wiekopomna chwila – wzięłam się za temat, który boli mnie od dawna. Będzie subiektywnie, złośliwie, upierdliwie i niecenzuralnie. Potencjalnie obrażone osoby z góry przepraszam, ale jako galopujący fangirl Tokyo Ghoula mam zamiar się wreszcie powyżywać.

W poniższym tekście NIE występują spoilery.

Fani anime

Nie mam nic do ludzi, którym podobało się anime – póki nie sięgnęłam po mangę, też uważałam, że pierwszy sezon był całkiem w porządku. Teraz uważam, że wszystkie ekranizacje TG to gigantyczna pomyłka, ale nie mam zamiaru się wypierać, że po mangę sięgnęłam dzięki anime.

Gdy pojawiły się zapowiedzi drugiego sezonu anime, też miałam nadzieję, że będzie lepszy niż pierwszy. Obejrzałam go bez hejtowania dla zasady, ale z bólem serca i szczęki, bo ostatni raz tak się naziewałam przy Kyoukai no Rinne.

Wśród fandomu zdarzyły się jednak przypadki proszące się o porządny wpierdziel. Zbrodniarze dzielą się na dwa rodzaje: tych, którzy po obejrzeniu obu sezonów anime sięgnęli po TG:re i bez lektury pierwszej części kretyńsko wykłócali się na tematy, o których nie mieli pojęcia oraz tych, którzy po ogłoszeniu TG√A zaczęli pierdolić, że Ishida żałuje sposobu, w jaki poprowadził fabułę w mandze i naprawia to teraz w anime, tworząc nowy kanon. Z dwojga złego wolę tych pierwszych – można im przyłożyć mangą w łeb i zagonić do lektury. O fanach Roota nie mam do powiedzenia nic dobrego oprócz tego, że z każdym odcinkiem drugiego sezonu robiło się ich coraz mniej, chociaż niepokojąco pobudzili się przy końcówce. Na tych buraków bulwersowałam się już zresztą tutaj.

Foch na :re

Teraz o części fandomu, dla której nie mam litości – czy antyfanach sequela. Trudno opisać, jak bardzo szlag mnie trafia, gdy czytam zrzędzenie, jak bardzo złe jest TG:re i jak to Ishida powinien je jak najszybciej skończyć i zacząć trzecią część w duchu jedynki.

Nie powiem, jestem zwolenniczką powstania trzeciego TG, kocham tę serię od samego początku, ale jakby na to nie patrzeć – TG:re jest lepsze. Po prostu i zwyczajnie. Owszem, wiele postaci, które pokochaliśmy w jedynce, w dwójce występuje dość epizodycznie lub co najwyżej trzecioplanowo, rozumiem frustrację, też za nimi tęsknię – ale nowi bohaterowie są równie ciekawi i wartościowi! A, obiektywnie rzecz ujmując, umiejętności mangaki są teraz dużo wyższe niż były na początku. Widać olbrzymi postęp Ishidy jako rysownika, ale przede wszystkim – jako twórcy historii. Budowanie napięcia, kreacja postaci, rozwój wydarzeń i relacji, ewolucja bohaterów – mogłabym tak wymieniać i wymieniać w nieskończoność. Najlepiej kunszt senseia widać chyba przy arcu z aukcją – wydarzenia ją poprzedzające były tak konstruowane, że napięcie rosło z każdym rozdziałem, a ekscytacja tym, co miało nadejść, trwała aż do samego końca.

Dlatego jak widzę hejt na TG:re to odzywa się we mnie żądza mordu. Ja też nadal trochę tęsknię za starą ekipą, ale uważam, że historia znacznie zyskała dzięki zmianie perspektywy. I, cholera, ufam autorowi. Ishida najlepiej wie co robi, udowodnił to już wielokrotnie, więc póki spektakularnie mnie nie zawiedzie – wierzę, że historia do końca utrzyma ten sam wysoki poziom. I gotowa jestem wziąć na rogi każdego palanta, który krytykuje senseia z powodu takiej pierdoły jak za mała ilość Touki.

TG jako shounen

Przysięgam – lubię shouneny. Lubię też shoujo, josei, seinen, yuri, yaoi, hentai, sportówki i obyczajówki, mahou shoujo i mechy… No dobra, trochę ciężko znoszę bardzo chamskie ecchi (wolę hentaje) i z tymi mechami to różnie bywa. Ale generalnie czytam naprawdę wszystko, póki stężenie głupoty nie osiągnie wartości krytycznej dla mojego zdrowia psychicznego.

Szczególnie czytając shouneny i shoujo (chociaż w sumie yaoice też) łatwo zauważyć pewne schematy, kalki i prawa. Pewne wątki po prostu powtarzają się w obrębie gatunku mniej lub bardziej wyraźnie. Warto być ich świadomym, ale bez zbędnej paranoi – po prostu, zauważając kliszę, warto pokiwać głową i przejść nad nią do porządku dziennego.

Szlag mnie jednak trafia, gdy fandom zaczyna shounenowo interpretować TG. To już nawet nie chodzi o to, że seria jest seinenem – nawet najbardziej galopujący shounen nie musi zawierać wszystkich elementów charakterystycznych dla gatunku. Jednak gdy czytam kolejny wywód, robiący z Kanekiego postać na miarę Ichiga z Bleacha, albo sprowadzający Toukę do najbardziej przerysowanej wersji tsundere, to mam ochotę wziąć kałacha i powybijać jak kaczki. Konkretne przykłady upraszczania tej historii podam w następnym wpisie – gdzie będą już grube spoilery – ale od lektury większości z nich łysieję w trybie błyskawicznym, wyrywając sobie włosy z głowy.

Symbole i paralele

Powszechnie wiadomo, że Ishida-sensei lubi i jedno, i drugie. Nie ma chyba fana TG, który nie słyszał o poszukiwaniach ukrytych numerów Tarota, a połowa obecnych teorii spiskowych opiera się na zestawianiu kadrów z pierwszego i drugiego TG. No spoko, też lubię szukać i rozważać, ale nigdy, przenigdy nie twierdzę, że mam absolutną rację…

Co jest zjawiskiem wręcz nagminnym w tym fandomie. Ileż razy widzę, jak ktoś dorwie się do którejś karty Tarota, wybierze jeden z wielu sposobów jej odczytania i drze japę, że Ishidzie dokładnie o to chodziło. Jeszcze zresztą pół biedy, jeśli ten numer rzeczywiście jest wyraźny – czasem ludzie szukają ich tak na siłę, że sam autor mógłby się zdziwić, że coś tam znajdują.

Gorze jednak od znajdywania symboli i paraleli tam, gdzie niekoniecznie są, jest zdecydowanie upieranie się przy swojej interpretacji. Można takiemu tumanowi tłumaczyć jak krowie na rowie, że póki autor sam nie powie „należy to rozumieć tak i tak”, to możemy sobie co najwyżej gdybać. I nawet gdy Ishida powie „ta postać jest taką kartą”, to Tarot nie jest jasny, przejrzysty i poukładany. Symbole mają to do siebie, że nie są oczywiste, tylko wieloznaczne. Tupanie nóżką, że nasz pomysł jest najlepszy, jest tyleż naiwne, co głupie i irytujące.

To może jakieś konkrety?

Konkrety będą w odcinku drugim – i następnych, bo wierzę, że się trochę tego uzbiera, a ja nie mam nerwów na przedzieranie się przez to jednorazowo – a czeka mnie przy tym ponowna lektura mangi, bo nawet najbardziej bzdurny pomysł wart jest sprawdzenia. Nie irytuje mnie w końcu kreatywność fanów, tylko ich problemy z logicznym myśleniem oraz czytaniem ze zrozumieniem… I te cholerne przekonanie o własnej nieomylności. Wrrr!

54808696

Reklamy