Tagi

, , , , , , , , , ,

Podobno mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna – ja tam twierdzę, że wszystko, co dobre, poznaje się po tym, że trzyma równie wysoki poziom od początku do końca.

Znacznie częściej zdarza się, że film czy książka kończy się w sposób, który odbiorcy niezbyt przypada do gustu niż odwrotnie – i można powiedzieć, że jesteśmy oswojeni z tą myślą. Czasem jednak nasze ulubione serie zawierają elementy, które wywołują w nas pilną potrzebę zamordowania twórców/wynalezienia czegokolwiek pozwalającego na selektywne wymazywanie wspomnień. Bardzo często jest to końcówka, ale nie tylko.

Zwykle jestem twardym zawodnikiem i nawet bardzo złe rzeczy męczę do końca. Bardzo łatwo przychodzi mi także wybaczanie twórcom różnorakich potknięć – kilka pozytywnych wątków wystarcza bym zniosła galopującą głupotę całej reszty. Czasem jednak nawet moja wyrozumiałość się kończy i zaczynam sobie wmawiać, że czegoś nie widziałam. Z różnym skutkiem.

Poniżej cztery serie, których elementy najsilniej wypieram z pamięci (lista nie zawiera serii tak złych, że wypieram je w ogóle).

Uwaga, spoilery!

Death Note

Najbardziej oczywista z oczywistości – jestem jedną z tych osób, dla których anime Death Note kończy się wraz ze śmiercią L. Owszem, nie jest to odpowiednie zakończenie tej serii – na pewno jednak jest bardziej satysfakcjonujące niż to, co dzieje się później.

Pierwszy raz oglądałam Death Note, gdy anime było jeszcze całkiem świeże – była to końcówka 2007 roku. Miałam na ostatnią chwilę pisać pracę na konkurs, w ramach przerwy włączyłam DN… I koniec końców nie napisałam nawet pół strony, obejrzałam za to całą serię na raz (trochę ponad dwanaście godzin), wypijając przy tym bez mała cztery litry zielonej herbaty. Był to pierwszy raz, gdy się tak naćpałam – zarówno teiną, jak i seansem.

Po latach sięgnęłam po tę serię jeszcze raz i doświadczyłam bardzo podobnych emocji. Może trochę wyrosłam z yaoizmu, ale dalej uważam Light/L za najlepszy możliwy ship tej serii (zaraz po Ryuk/jabłko* ma się rozumieć ;)) i nie jest to tylko kwestia tej słynnej sceny:

No dobra, wiem, że to miało być biblijne, ale wyszło tak yaoistycznie jak się tylko da. Ich teksty – szczególnie L z tym „pomasuję ci stopy, jestem w tym dobry” przypominają mi jak żywo drugą część Sensitive Pornograph, gdzie uke przekonuje seme, że jest tak dobry w łóżku, że zafunduje dobrą zabawę nawet heterykowi. Tutaj chciałam napisać jakiś cięty komentarz na samą siebie i moją yaoistyczną przeszłość, ale to taki temat rzeka, że lepiej zostawię go na lepsze czasy.

Ale teraz tak na serio – DN oglądało się świetnie z kilku powodów, ale jedną z najmocniejszych stron tego anime była właśnie relacja Light oraz L, która nadawała całej historii dynamiki pojedynku dwóch geniuszy. Nie faworyzowałam żadnego z nich i po żadnym nie płakałam (z tej serii fangirluje tylko Ryuka), ale po śmierci L cała historia zwyczajnie przestała być interesująca, zrobiła się za to na siłę pokręcona, a gdy nadszedł koniec Lighta, nie nadążałam z przewracaniem oczami.

Nie mówię, że 25 odcinek jest satysfakcjonującym końcem tej serii – na pewno jest jednak lepszy niż 37. Nie wiem jak to wygląda z mangą, nadal się nie przełamałam, żeby po nią sięgnąć, a sama koncepcja tej historii w wydaniu live action mnie przerasta – jednak anime zwyczajnie daje dupy. Gdyby to jeszcze L pokonał Lighta – w sumie mogliby przy tym zginąć obaj, miałoby to sporo sensu – ale jakieś nieudane podróbki L pojawiające się po jego śmierci to koszmarna pomyłka. Zresztą, w momencie gdy robimy głównym bohaterem serii postać praworządnie złą, a jego przeciwnikiem – praworządną neutralną (wybaczcie nomenklaturę rodem z D&D), trudno nie oczekiwać dojrzalszego zakończenia, niż iście baśniowe – w końcu zły czarnoksiężnik, ścigany przez siły dobra, ginie z ręki demona, od którego otrzymał moc w ramach paktu… Banał i przewidywalność wieńczy jedną z bardziej ekscytujących(?), kultowych(?) i polecanych laikom(!) serii. No cóż, bullshit happens…

Darker than Black

Bądźmy szczerzy: oryginalny Darker than Black to jedno z najlepszych anime jakie powstały. Pierwszy sezon to majstersztyk, od początku do końca. I jest do koniec bardzo dobry, nieoczywisty, otwarty, przynoszący tyleż pytań co odpowiedzi. Generalnie cud, miód i orzeszki. I butelka zajebistego rumu.

Potem przychodzi jednak DtB Gaiden, czteroodcinkowy special, względnie seria 1.5. Fakt, że wyszedł już po ostatnim odcinku drugiego sezonu nie zmienia faktu, że chronologicznie jest drugi. Jakościowo także – chociaż wolę postrzegać DtB jako zamkniętą całość, jestem w stanie zaakceptować istnienie Gaidena i uznać go za część kanonu. Jeśli chodzi jednak o sezon drugi, DtB: Ryuusei no Gemini…

Nie wiem, czy ta seria ma jakiekolwiek pozytywne strony; nie wiem nawet, od czego zacząć litanię wad. Najgorsza jest zdecydowanie Suou ze swoją mahō shōjo przemianą, ale to nie koniec grzechów Ryuusei no Gemini. Jest jeszcze w końcu Mao jako wiewiórka oraz menel Hei znęcający się nad dziećmi… I te mizerne próby wplecenia w to wszystko japońskiej mitologii, którą lubię, ale którą wprowadzono do uniwersum tak nieudolnie, że żal dupę ściska. Serio – jeśli twórcy chcieli się bawić w mitologię, powinni zacząć od samego początku, a nie wywracać świat do góry nogami po tym, jak odwalili kawał dobrej roboty tworząc opowieść, która naprawdę nie potrzebowała kontynuacji. Nie ma nic gorszego niż sequele na siłę, a Ryuusei no Gemini jest zdecydowanie bardzo dobrym przykładem okropnego sequela świetnej serii.

Bleach

Mam wielką słabość do Wybielacza. Była to pierwsza manga, którą śledziłam na bieżąco (chociaż anime wciągnęło mnie dopiero za trzecim podejściem) i jeden z pierwszych fandomów, w które weszłam – wcześniej był tylko Potter, ale tam trafiłam przypadkiem i bardziej za sprawą znajomych niż własnymi staraniami. Dalej zerkam na nowe rozdziały, chociaż pomijam większość scen. Nie jestem znawczynią shounenów, jednak ogarniam ich specyfikę wystarczająco, żeby wybaczać Bleachowi wiele. Pewnych rzeczy nie da się jednak znieść.

Bleach miał swoje plusy – głównie humor i świetne postaci drugo- i trzecioplanowe. Ba! Nawet Dream Team (główna drużyna) daje się lubić, chociaż Ishida trochę mnie irytował, Chad nieodmiennie nudził, a Ichigo przegiął z zajebistością. Nie miałam za to nic przeciwko Orihime, póki jej cycki nie osiągnęły absolutnie absurdalnych rozmiarów…

W każdym razie – mieliśmy niezłego, ciekawego (w swojej kategorii) shounena z dobrym humorem, interesującymi postaciami, niebrzydką kreską, fajną konstrukcją świata… Ale autor zwyczajnie nie potrafił rozplanować historii. I nie chodzi mi nawet o klasyczne shounenowe pojedynki, ciągnące się w nieskończoność i pełne oczywistych zwrotów akcji.

Największym grzechem Kubo jest to, że nie skończył historii na Aizenie. Drugim – że nie skończył na arcu z Fullbringerami.

Lubię powtarzać, że Ichigo powinien zginąć w pierwszym starciu z Byakuyą – i chociaż jest to raczej przejaw złośliwości i skrzywionego poczucia humoru, byłabym zachwycona takim rozwojem zdarzeń. Jestem za to całkiem na poważnie oburzona tym, jak autor potraktował Ichimaru – abstrahując od tego, że to jedna z moich ulubionych postaci, chłopak naprawdę zasłużył na to, by osobiście zabić Aizena. A tak dostaliśmy typową shounenową końcówkę, gdzie bohater pokonuje głównego złego, ale go nie zabija, tylko skutecznie unieszkodliwia. Pfff.

No dobrze, ale zostańmy przy klasycznym shounenowym schemacie. Ichigo pokonuje Aizena, końcówka jest iście heroiczna, bohater traci moc przez co musi rozstać się ze swoimi przyjaciółmi (i potencjalną ukochaną, o czym zaraz). Mamy shounenowy happy end zabarwiony odrobinę goryczą – mogłabym wybaczyć nawet tą głupią śmierć Ichimaru (która, choć głupia, i tak jest najbardziej wzruszającą sceną z tego uniwersum). Jednak nie, Kubo nie mógł tego tak skończyć, Ichigo musiał odzyskać moc – więc zafundował nam Fullbringerów. To bolało, ale niech mu tam będzie… Ale nie, kurna, nie mógł na tym skończyć! Musiał wrąbać cholernych Quincy!

Dokładnie – musiał, bo zjebał wcześniej. Zostawił niewyjaśnione wątki w postaci niepokazanych bankaiów (i jednego shinkaia). No i jeszcze trzeba było wyjaśnić, czemu Komamura ma psi łeb. I awansować Ichiga na boga, bo jak na moje oko, to chłopak pod koniec zostanie cholernym królem Soul Society.

Uważam arc z Tysiącletnią Wojną za autoparodię samej serii. Aizen był głównym złym przez 48 tomów, z których ostatni nie bez powodu ma tytuł „God is dead” – Aizen rzeczywiście został wykreowany na istotę niemalże boską. Fakt, Kubo przez całą mangę zarzucał nas coraz potężniejszymi istotami i mocami, ale wszystko mieściło się w normie, której granicę wyznaczał Aizen – a teraz pizd, wpada Yhwach i Dywizja Zero, i robimy jeszcze większą rozpierduchę.

Potencjalna wczesna śmierć Ichigo oraz Ichimaru pokonujący Aizena to moje widzimisię, ale spierdolenie serii to fakt. Właściwie to Bleach od Fullbringerów powinien funkcjonować pod innym tytułem jako sequel (jeśli już musi istnieć w ogóle). Ta manga już raz się kończyła, już raz fabuła ciągnęła się żółwim tempem, a tu czytelnik został wychujany, bo koniec okazał się nagle środkiem. A potem powstał kosmos i jest bez sensu.

Poza tym – te fatalne relacje między bohaterami! A właściwie to ich brak… No dobrze, może nie tyle brak relacji, to brak rozwoju. Odrobina romansu shounenom nie szkodzi, ale już nawet pal licho romans – oprócz kilku malutkich sytuacji z początku mangi (np. Byakuyi broniącego Rukii) w tym świecie serio się nic nie zmienia. Oprócz rosnącej potęgi Ichiga, naturalnie.

Tokyo Ghoul

O tym, jak bardzo nie wyszło studiu Pierrot TG√A pisałam już tutaj. Teraz jak to czytam to łapię się za głowę, że oceniłam te anime aż tak pozytywnie – i dotyczy do właściwie obu sezonów. Owszem, coś mi świta, rzeczywiście miały pewne plusy – muzykę, openingi i endingi, kilka świetnych scen, niezłych seiyuu… Ale jak włączę sobie czasem jakąś scenę na youtube to w większości sytuacji aż mi się słabo robi. Te koszmarne walki, to przerysowanie, ten brak dynamiki… Byłam pewna, że chociaż walki były dobrze zanimowane! Czy aż tak dobrze wyparłam ekranizację mojej ukochanej mangi czy po prostu coraz wyższy poziom serwowany co tydzień przez Ishidę ciągle podnosi poprzeczkę…?

E, nie, niemożliwe. W końcu nadal podczytuję Bleacha. I brnę teraz przez stosunkowo długie i obiektywnie złe shoujo tylko dlatego, że ślinię się do kilku drugoplanowych bishów (a właściwie to do jednego). Chociaż z drugiej strony – łatwiej mi się coś czyta niż ogląda… Ale te podnoszenie poprzeczki musi dotyczyć tylko Tokyo Ghoula.

Och, Pierrocie, Pierrocie, czemuście tak zniszczyli jedną z najlepszych historii jakie… A co ja się będę szczypać, jedną z najlepszych, jakie znam! Jak tak można?!


*Raczej nie przepadam za sitofilią, szczególnie tą pisaną na poważnie – przestałam czytać yaoi m.in. ze względu na zbyt dużą ilość produktów spożywczych, które najpierw lądowały w odbytnicy jednego z bohaterów, a potem były przez którąś ze stron zjadane. Dowcip z jabłkiem wziął się po obejrzeniu wywiadu z Tomem Feltonem z FanExpo 2011, dzięki któremu odkryłam istnienie „drapple”, które pozostaje moim OTP z potterowskiego fandomu – właśnie ze względu na swoją absurdalność.

Reklamy