Tagi

, , , , , ,

W ramach Karnawału Nowości Waneko ogłosiło cztery nowe tytuły. Z największym entuzjazmem polski fandom przyjął pojawienie się na liście Bakumana, ale moje zainteresowanie wzbudził przede wszystkim pierwszy tytuł – Bara Ou no Souretsu, czyli Requiem Króla Róż. Niecierpliwe oczekiwanie na pierwszy tom – to jeszcze półtora miesiąca! – postanowiłam umilić sobie, sięgając po inną mangę Ayi Kanno – wydaną w serii Jednotomówki Waneko Istotę Zła.

Istota zła 1/1

Istota-zla

Kanno-sensei przez lata tkwiła w mojej świadomości jako autorka Otomena. Wprawdzie nigdy nie mogę wygospodarować czasu, żeby przysiąść i przebrnąć przez skanlacje mangi – powoli dojrzewa we mnie pomysł zamówienia jej po angielsku lub japońsku – ale dramę na jej podstawie obejrzałam w całości i na wyrywki więcej razy niż jest to przyzwoite. Każdorazowo płakałam ze śmiechu.

Trudno opisać moje zdumienie faktem, że autorka komediowego shoujo przerzuciła się na znacznie mroczniejsze klimaty. I chociaż Requiem znacznie różni się od Istoty zła – moim zdaniem na chwilę obecną wypada znacznie lepiej – nadal uważam ten drugi tytuł za na tyle godny uwagi, by co jakiś czas do niego wracać.

Pierwsze wrażenia

Waneko wydało to w serii Jednotomówek, ale Istota zła to tak naprawdę dwutomowa manga wydana u nas w jednej cegle – całość ma prawie czterysta stron. Trzeba przyznać, że to porządnie wydana cegła – egzemplarz Lisowej czytany był wielokrotnie w rozmaitych warunkach, a utrzymał się w stanie prawie idealnym – tylko okładka ma białe linie na zgięciach grzbietu. Podoba mi się jej projekt – bardzo ascetyczny, chociaż wolałabym, żeby logo Waneko na tyle było mniejsze i przesunięte na górę lub dół.

Nieco mniej podoba mi się obwoluta. Lubię bishów, ale to mnie w pierwszym momencie odstraszyło i odrzuciło. Taka prawda, że widziałam Istotę zła wielokrotnie na sklepowej półce, ale nigdy przez myśl mi nie przeszło, żeby ją kupić – na autora nie zwróciłam uwagi (nigdy tego nie robię), a na pierwszy rzut oka zaklasyfikowałam ten tytuł jako pseudomroczny bulszit (lub coś w tym guście). Tomik nabyła jednak w końcu Lisowa (pod wpływem jakiegoś dziwnego impulsu) i to ona przywaliła mi w łeb tą mangą, gdy zaczęłam jarać się informacją o wydaniu Requiem. Jej zasługą jest też powstanie tego tekstu (oraz wielu innych), ale o tym, w jak ciemnej dupie byłabym, gdyby nie ona, mogłabym napisać epopeję. A więc どうもありがとうございます i wracam już do recenzji.

Obwoluta nie jest brzydka, choć mnie odrzuca – po prostu ten pokolorowany komputerowo Zen ma w sobie coś obleśnego. Może to kwestia tej okropnie gładkiej cery? Facet ma zaznaczony tylko dół nosa, przez co środek jego twarzy wygląda jak potraktowany gładzią szpachlową. Na tyle mamy za to mrocznego bisha z rozpiętą koszulą i kwiatami róż oraz niezbyt przekonujący opis fabuły.

No dobra, lubię mrocznych bishów i mroczne historie – ale wiem, że strasznie łatwo je spieprzyć i popaść w śmieszność. Bardzo istotny jest w tym wszystkim użyty język – a tak się złożyło, że samo słowo „zło” wywołuje u mnie atak głupawki. Na jednym z for internetowych, na którym kiedyś intensywnie się udzielałam, funkcjonował mini-troll – w tamtych czasach takie określenie jeszcze nie funkcjonowało – który lubił wspominać, że służy ZŁU (tak, zawsze caps lockiem) i w ramach oddawania ZŁU czci jeździł po fanach Blog 27, Tokio Hotel i co tam wtedy (przełom 2005/2006) było jeszcze modne. Od tamtych wydarzeń minęło już dziesięć lat, ale do takich pierdół pamięć mam aż za dobrą. Przy lekturze Istoty zła musiałam się bardzo skupić, żeby wyłączyć głupie skojarzenia.

Ale o czym to jest?

No dobrze, wypadałoby wreszcie powiedzieć coś o fabule. Akcja dzieje się gdzieś i kiedyś, w alternatywnym miejscu i czasie, o czym informuje nas angielskie „some time, some world” na początku pierwszego rozdziału. Świat wykreowany przez autorkę ma niewielkie, ale jednak odniesienie do naszego. Technologia jest dość zaawansowana (skomputeryzowane więzienie), można by ją ocenić najpóźniej na początek lat 90 (samochody, telefony stacjonarne, broń, architektura miejska). Dla odmiany mundury wojska wydają się żywcem wyjęte z III Rzeszy.

Sytuacja polityczna też nasuwa skojarzenia z początkiem XX wieku. Kraj Amata, którego mieszkańcy są ciemnoskórzy i czarnowłosi, został podbity przez kraj Garei, gdzie dominuje typ nordycki (mam ochotę napisać „aryjski”). Po drodze wspomniany jest jeszcze kraj Yama (ciemne włosy i oczy, ale jasna skóra) oraz Federacja Dallar, o której nie wiemy zbyt wiele. Od Garei śmierdzi totalitaryzmem i militaryzmem, a choć swój podbój uzasadniają chęcią wprowadzenia pokoju i dobrobytu w podległych krajach, autorce w elegancki i nienachalny sposób udało się poruszyć problem rasizmu. W pierwszym rozdziale poznajemy łowcę nagród Rousseau, który rozpoczyna polowanie na najniebezpieczniejszego przestępcę Garei – Zena.

Narracja pierwszego rozdziału prowadzona jest zza pleców Rousseau i to jego oczyma poznajemy Zena – potem ciężar historii przenosi się głównie na Zena, ale po trochu też na Hakkę i Riin. Śmiało można powiedzieć, że ten pierwszy rozdział jest oddzielną historią, podczas gdy następnych siedem tworzy spójną całość. Autorka w jednej z ramek wspomina wprawdzie, że do wersja magazynowa zawierała prototypowy one-shot jako rozdział pierwszy, nie było za to w niej rozdziału czwartego. Trochę trudno mi to ogarnąć moim małym rozumkiem, bo osobiście widzę wielką dziurę w ciągłości narracyjnej jeśli wytniemy rozdział czwarty, ale co ja tam wiem…

Dlaczego warto?

Przede wszystkim dlatego, że mimo paskudnej obwoluty, wnętrze mangi to eyegasm. Kreska jest nieprzyzwoicie wręcz ładna, ale przy tym nie nudzi. Tła i rastry używane są wprawdzie oszczędnie, ale ten śliczny, gładki rysunek wypada jak najbardziej cacy w tak ascetycznej formie.

20160208_032838.jpg

Jest mrocznie, ale smacznie. Autorka porusza się na krawędzi i absolutnie to uwielbiam. Filozofia Zena wprawdzie wywoływała u mnie momentami dyskretne przewracanie oczami, ale w wielu miejscach jego podejście bardzo mi się podobało – choćby jego swobodne podejście do seksu, nieco zbyt przedmiotowe, ale rzeczywiście wyzwolone. No ale spójrzcie na scenę wyżej – to właśnie Rousseau i Zen. Owszem, jak się uprzeć, można dostrzec w ich relacji delikatny erotyzm, można nawet dopowiedzieć sobie kilka scen (szczególnie w hotelu), ale Kanno-sensei w żaden sposób nam tego nie narzuca, a relacja bohaterów nawet dla mnie – starego perwersa – wydaje się czysto platoniczna. W ogóle, trudno wyobrazić mi sobie bardziej aseksualną osobę niż Zen, chociaż z fabuły jasno wynika, że spółkowanie z płcią każdą nie jest mu obce.

Istota zła ma swoje mankamenty – o nich zaraz – ale mimo to ma w sobie coś urzekającego. Ludzie w Internetach wypisują coś o pytaniach o zło i wolność zadawanych przez autorkę, ale zaliczyłam etap takich pytań będąc zbuntowaną małolatą, więc pod tym kątem ten tytuł raczej mnie nie poruszył – chociaż może to być też kwestia wykonania i języka, ale o tym zaraz.

20160208_032911.jpg

Nie mogę jednak odmówić tej opowieści pewnego klimatu. W dużej mierze buduje go niewidoma Riin – jestem zauroczona jej projektem od pierwszego wejrzenia. Jest też coś niesamowicie pociągającego i imponującego w pewności siebie i zdecydowaniu Zena. Facet naprawdę wie, czego chce i potrafi do tego dożyć. Owszem, jest przy tym wstrętnym egoistą (chociaż autorce udaje się podrzucić mu jakieś ludzkie odruchy), ale jego wola i zimna krew mają w sobie coś hipnotyzującego.

Mangaczce udaje się też zachować nutkę tajemnicy. Nawet pod sam koniec, gdzie niby wszystko się wyjaśniło, czytelnik obrywa otwartym zakończeniem. Trzeba też przyznać, że bohaterowie są bardzo ludzcy w swoich decyzjach i postępowaniu – czasem straszliwie pierdolą, to fakt, ale to też jest przecież jak najbardziej ludzkie.

Co kuleje

O wadach Istoty zła mogę dużo gadać i pisać oraz pisać i gadać, ale nadal uważam tę mangę za co najmniej dobrą. Problemem jest to, że mogła być naprawdę świetna, a nie jest. I składa się na to bardzo wiele czynników.

Pierwszym jest długość. Autorka sama wspomina, że pierwotnie wymyśliła znacznie dłuższą opowieść, która po drodze została drastycznie skrócona. Sama Kanno-sensei wydaje się z tego faktu zadowolona – dzięki temu postaci zyskały podobnoż więcej wolnej woli. Rozumiem ją, też kocham to uczucie, gdy historia tworzy się sama, ale cięcia czuć wyraźnie. Od rozdziału drugiego ewidentnie widać, że ta opowieść miała być znacznie dłuższa i że ucięto wiele dość istotnych elementów. Pozostałość owszem, czytać się da, ale brakuje szczegółów – mamy tylko szkielet pewnej sytuacji polityczno-społecznej, aż proszący się o wypełnienie ciałem i krwią, ale pozostawiony luzem.

Drugim problemem jest czasoprzestrzeń. Geografia rypie się tylko troszkę – miałam problem ze zlokalizowaniem tej całej letniej rezydencji – przydałoby się trochę więcej informacji, co jest na terenie Garei, a co Amaty, ale to da się przeżyć. Gorzej, że autorka spieprzyła po całości oś czasu – co po cichu przyznaje Waneko w przypisie. Chronologię da się określić, chociaż mam pewne problemy z odkryciem, kiedy Jeno udało się dotrzeć do zmarłej żony. Ale czemu wojna jest raz dwadzieścia lat wcześniej, raz dziesięć – wyjaśnić nie sposób. Szczególnie, że dało się to łatwo zauważyć i poprawić.

Nie za bardzo spodobała mi się końcówka. Bez większych spoilerów, ale istotnymi elementami fabuły są dwie rzeczy, za którymi nie przepadam – w związku z czym mam wobec nich znacznie wyższe wymagania. Jeden z nich dość mocno zrujnował mi już Oldboya w reżyserii Chan-wook Parka – uwielbiam ten film, ale ten motyw dosyć mnie drażni. Poza tym – niepotrzebnie autorka uraczyła nas narracją Hakki. Postać jej się przez to rozjechała.

No i na koniec – nie umiem ocenić polskiego wydania. Pozrzędziłam na obwolutę, ale ogólnie rzecz ujmując jej projekt jest dobry, tylko grafika leży. Do jakości tomiku nie mogę się przyczepić – papier, druk, marginesy (jest bardzo dużo marginesów zewnętrznych, które moim zdaniem powinny być normą), no, wszystko cacy. Wypatrzyłam jedną literówkę i jeden wołacz w formie mianownika, co podobno jest poprawnie, ale mi tam działa na nerwy. Ale… No właśnie, ale.

Istotę zła tłumaczyła pani Magdalena Rokita. Czy tłumaczyła dobrze, czy źle – trudno powiedzieć. Na pewno tłumaczyło jej się to ciężko, widać bez sprawdzania. Moja ulubiona strona z RAWami przy tej akurat pozycji wyświetla jakiś dziki błąd, do tego na myśl o przedzieranie się przez chwilozofie po japońsku mam dreszcze (i to wcale nie jest związane z tym, że jest już piąta rano, a ja dalej stukam ten tekst). Faktem jest jednak, że coś w tekście śmierdzi – i albo oryginał jest drętwawy i drewniany, albo tłumacz nie podołał i takim go uczynił. Obie opcje są tak samo prawdopodobne, podejrzewam zresztą, że zaszły w tym przypadku wszystkie czynniki – i autor, i tłumacz, i zmiana języka (a więc i sposoby myślenia) zrobiła swoje. Faktem jest, że niektóre fragmenty chwilozoficzne pozbawione są polotu – a o takich rzeczach trzeba pisać albo z wdziękiem, albo w ogóle, żeby uniknąć śmieszności. Pochwała należy się za to pani tłumacz za rozsądne rzucanie mięsem, chociaż po takiej tematyce spodziewałabym się więcej wulgaryzmów.

Kupić?

Ja tam kupię przy najbliższej okazji. Lisowa też nie żałuje, że kupiła, chociaż nie wie, czy kupiłaby drugi raz. Obie dałyśmy solidne 7/10 na MALu, z czego Lisowa jest bardziej surowa niż ja. Uważam tę pozycję za jedną z lepiej poruszającą szeroko rozumiany wątek „superludzi”. Jest ślicznie, jest niegłupio, jest ciekawie. Bohaterowie są ludzcy, fabuła wykracza poza poziom budowy cepa i całkiem trzyma się kupy, co przy tej długości jest pewnym osiągnięciem. Mimo nieścisłości i problemów czyta się bardzo dobrze. No i wspominałam, że jest ślicznie (chociaż Zen ma zabawne rzęsy i brakuje mu sutków?)

aku1

Ach tak, przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz! A właściwie dwie. Raz – cholerny generał jest cały czas nazywany „generałem”, brakuje mu nazwiska i mocno działało mi na nerwy. Gorsze były tylko stopnie wojskowe. Wiem, że w Japonii są nieco inne niż w Polsce, ale wiki twierdzi, że tam też pułkownik jest trzy stopnie wyżej od kapitana – a z Istoty zła można wywnioskować, że kapitan jest wyższy stopniem od pułkownika. Teraz tylko problem – skąd się to wzięło? Czy komuś popieprzył się porucznik z pułkownikiem? Czy była to autorka czy tłumaczka?

Tego nigdy się pewnie nie dowiem. Zostaje dorwać ten tytuł po japońsku, ale idąc tą logiką, powinnam sprowadzać wszystkie mangi z Japonii, a na to nie mam ani czasu, ani pieniędzy. Pozostaje mi więc tylko marudzenie i trzymanie kciuków za coraz wyższy poziom tłumaczeń w kraju nad Wisłą.

Reklamy