Tagi

, , , ,

Pojawienie się nowego wydawnictwa mangowego wywołało we mnie stan głębokiego zdumienia. Jakby na to nie patrzeć – trochę już tego dobra mamy, zdawałoby się nawet, że rynek się nasycił i polski fandom finansowo nie zdzierży nic więcej. A jednak znaleźli się kolejni odważni! Dlatego nie mogłam się powstrzymać, żeby nie przyjrzeć się wydawniczemu debiutowi Dango.

Monster Petite Panic 1/1

No dobrze, było trochę inaczej, ale to długa i skomplikowana historia, pełna niespodziewanych zwrotów akcji i potwierdzająca moją galopującą sklerozę, zaawansowaną prokrastynację, kolosalne niezdecydowanie i kompulsywny zakupoholizm. Dość, że w mojej głowie trwało „kupię-nie kupię” zanim jeszcze Dango ogłosiło, co właściwie wyda – a gdy pod wpływem impulsu dorzuciłam tomik Monster Petite Panic do stosiku zakupów, wiedziałam tylko, że sięgam po boys love – z taką okładką to musiało być boys love – i nic więcej. Do lektury zasiadłam więc zielona jak trawa wiosną.

Treść

Mam bardzo mieszane uczucia względem tej mangi. Chyba jeszcze żaden tytuł mnie tak bardzo nie skołował – bo jednocześnie mam ochotę napisać o nim bardzo dużo, a tak właściwie to nic. I chyba to najlepsze podsumowanie tej pozycji.

Monster Petite Panic jest jednotomówką, i to wyjątkowo króciutką – ot, ledwo 142 strony. Moim zdaniem taka długość to jakaś kpina, i to jeszcze przy takiej cenie (21,90 zł okładkowo). Autorka w tę objętość wciska nie tylko historię miłosną, ale też trochę szkolnego życia, komedii i magii. Niby dużo tego, ale wszystko traktuje lekko i po łebkach. Z jednej strony szacun dla tej pani, że potrafiła tyle treści upchnąć bez przytłaczania nią czytelnika. Z drugiej – czuję po lekturze tak absolutne nic, że aż mi się to w głowie nie mieści. Ani niedosytu, ani przesytu… Co najwyżej potworną męczarnię, że nie przychodzi mi do głowy żadne sensowne podsumowanie lektury. Paskudne uczucie.

Pani Kanda z jednej strony prezentuje nam świat bardzo podobny do naszego – tylko, że tutaj istnieje coś takiego jak kago, wrodzona moc, którą posiada każdy, a która w większości przypadków nie ma żadnego wpływu na życie posiadacza. Czasami jednak pojawiają się jednostki o wyjątkowo silnym kago – i takie jednostki uczęszczają do specjalnej szkoły. Tak jak główni bohaterowie MPP – Kojiro Suzuki i Lauri Asagari. Obaj należą do komitetu porządkowego – ten drugi jest nawet przewodniczącym tegoż, a taka fucha przytrafia się zawsze najpotężniejszemu z uczniów – i ich zadaniem jest pacyfikowanie awanturujących się kolegów, którym moc ucieka spod kontroli… Albo którzy używają jej z pełną premedytacją.

Zgodnie z opisem z tyłu okładki Lauri to „natrętny seme”, a Kojiro – „przystojny uke bez wyrazu”. Zdanie to jest bardzo moim zdaniem szkodliwe – szczególnie, że w samej mandze trudno doszukać się klasycznego podziału na seme i uke. Pod sam koniec Kanda funduje nam niby jakieś niewielkie scenki erotyczne (wystarczające, by wlepić oznaczenie „+18”, ale autorka w posłowiu kaja się, że narysowała za mało seksu), ale moim zdaniem naprawdę trzeba się byłoby uprzeć, żeby interpretować je pod kątem seme&uke. Tak naprawdę Lauri jest Arielką, a Kojiro Aladynem… Ekhm, znaczy się – kago Lauriego to Lewiatan (nie wiem czemu nie syrena, serio, i tak obrywa mu się „syrenią księżniczką”, a ten ogon to już w ogóle), a Kojiro – ifrit, czyli dżinny wody i płomieni… Brzmi jak bulszit? Troszkę, ale w realizacji wyszło moim zdaniem całkiem wdzięcznie.

Właśnie – MPP byłoby znacznie lepszą mangą, gdyby skupiła się na szkolnym życiu w magicznej szkole. Niechby to było nadal yaoi, ale z porządnie rozwiniętymi wątkami pobocznymi i komediowym wydźwiękiem. Nieliczne scenki z działalności komitetu porządkowego były moimi ulubionymi. No i jeszcze jak byli dzieciakami. Młody Kojiro wyglądał jak Yoruichi z Bleacha (względnie Yūshirō). Młody Lauri wyglądał jak księżniczka Disneya. Stary Lauri zresztą też.

bcanis_major_monster_petite_panic_c001_p021

Podziękowania dla CM-Scans.

Niestety, zamiast tego mamy miłość. Chciałam dopisać „grubymi nićmi szytą”, ale nie jest wcale tak źle. Jest w sumie nijak. Ot – młodzieńcze zauroczenie, jedna kretyńska scena upadku plus upierdliwość Lauriego, któremu w końcu udaje się „wychodzić” Kojiro. Że niby spoiler? Jaki spoiler, w tej mandze nie ma czego spoilerować! Jest nijako i o niczym, ale… Jakoś mnie to nie boli.

Boli mnie za to trochę innych rzeczy – ot, same drobiazgi. Gwiazda Dawida na policzku Hiraoki. Baale, Belzebuby, Lewiatany i burdel mitologiczny, którego autorka nie raczyła wyjaśnić – bo skąd oni te nazwy biorą, pojęcia nie mam. Czym się różni ognisty ptak od feniksa na przykład? Czy w ogóle czymkolwiek się różni? No i jeszcze niektóre teksty bohaterów, w rodzaju sposobu, w jaki przedstawia się Kojiro:

Jestem Kojiro Suzuki. Moje kago to ifrit… Posiadam dość potężną moc.

Soooo lame.

Wykonanie

To yaoi. Kropka. No co? MPP spełnia większość punktów, które zawierają się w tym stwierdzeniu. No dobrze, brakuje przesadnie zniewieściałego uke z oczami jak koła młyńskie. Dość zniewieściały jest za to Lauri (zarówno fizycznie, jak i duchowo), który wedle opisu jest seme, ale objawia się to raczej rysami twarzy, długością włosów i aurą małej syrenki. Ślepia ma tylko odrobinę większe niż Kojiro. Duże oczy ma tylko Kowappa, lat na oko dziesięć, oraz Hiraoka, czyli element komediowy. Drugi element, Saikyo, cierpi na kitsune no me, czyli w dzieciństwie skleił sobie powieki Super Glue. No wiecie.

Bleachbeatcollectionginxa5

Klasyczne kitsune no me. Nie mogłam się powstrzymać.

Mamy yaoi, więc mamy bishounenów. Ogólnie występuje ich sztuk dziewięć – główna para, dwa wspomniane elementy komediowe z komitetu, awanturnicza dwójka ognistych ptaków, jeszcze bardziej wojownicza dwójka przewodniczących i tajemnicza mumia z początku mangi. Do tego Kowappa i matka Lauriego, która pojawia się tyłem w aż jednym kadrze. Bo to w końcu yaoi – kobiety tu występują, ale bezimiennie, pojedynczo i jako element tła. Pff.

A – i jest jeszcze tajemnicze ciacho z tukanem. Podejrzewam, że to koleś-mumia, bo trudno mi odgadnąć, po co kolorowa strona z kompletnym randomem, ale tak po prawdzie – mumia to też random. Całkiem możliwe, że to grafika z zupełnie innej mangi, ale w takim razie co robi w MPP?

No i po kiego wała ta Gwiazda Dawida? Czy to nie powinien być pentagram, jeśli mówimy o Baph… Bafomecie? No i czemu jest tak pusto? Tła bywają rzadko, onomatopeje jeszcze rzadziej, trochę lepiej mają się rastry, ale autorka z dorobkiem powinna robić więcej. MPP było wydawane na przełomie 2013/14, a Kanda rysuje yaoice (i chyba tylko yaoice) co najmniej od 2007 roku. Powinna to robić staranniej, albo przynajmniej mocniej mobilizować asystentów.

Wydanie polskie

Dango to na razie małe wydawnictwo. Wystarczy zerknąć na ostatnią stronę, by w oczy rzuciło się nazwisko naczelnej, Magdaleny Raszki, która na chwilę obecną jest głównym grafikiem. Jej należy się pochwała za udany projekt graficzny okładki – moim zdaniem jest znacznie lepszy niż oryginał. Przesunięcie tytułu niżej było bardzo dobrym pomysłem.

Tomik nie ma obwoluty, ale utwardzaną okładkę ze skrzydełkami. Grzbiet trochę straszy nadmiarem informacji – uważam, że miniatura na samym dole jest zbędna. Tę samą grafikę mamy na przedzie, a biorąc pod uwagę, że na grzbiet wciśnięto jeszcze logo wydawnictwa oraz logo serii i podpisy – za dużo tu tego dobrego. Internety zrzędziły coś na laminat, ale z moim wszystko jest cacy.

Mniej cacy jest w środku – manga po jednokrotnym przeczytaniu zaczęła się rozklejać między pierwszą a drugą kartką, czyli między kolorową wstawką a czarno-białym komiksem. Wspomniana wstawka jest ładna, ma bardzo przyjemne kolory, szczególnie pierwsza strona – czyli przemienieni Kojiro i Lauri – ale bisha z tukanem zrozumieć nie mogę. Poza tym druk jest ładny, wyraźny, wszystko jest prosto i równo i bez zgrzytów. I do tego nie ma jeszcze żadnej chamskiej reklamy w środku!

MPP tłumaczyła pani Katarzyna Miśkiewicz. Dzięki jej tłumaczeniu dowiedziałam się, że „ifrit” i „dżinn” to słowa w języku polskim jak najbardziej poprawne, co wstrząsnęło mną do głębi. A już miałam zrzędzić.

Tłumaczenie pani Miśkiewicz jest momentami nieco sztuczne, razi też nieprzetłumaczenie słowa „kago”. Miałam problem ze znalezieniem japońskich skanów (choć muszę przyznać, że nie byłam w tych poszukiwaniach specjalnie zdesperowana), a nie chcę za bardzo podpierać się angielskimi, ale wydaje mi się, że wiele zdań dałoby się poprawić bez większej trudności. Choćby kretyńskie „byłeś smaczny” – „pyszne”, „pycha”, czy nawet „smakowało mi” brzmiałoby w tym miejscu lepiej. Bo w tym kontekście brzmi raczej, jakby ktoś coś komuś odgryzł.

Znalazłam też drobną niekonsekwencję. Zarówno z tyłu okładki, jak i w przedstawieniu Kojiro, wydawnictwo zastosowało sposób zachodni, czyli imię+nazwisko. Natomiast w myślach Kojiro Lauri występuje jako „Asagiri Laucoś”, czyli z japońska – najpierw nazwisko, potem imię. Korekta z redakcją powinny tego dopilnować.

No i ostatnie – dlaczego przy tengu jest wyjaśnienie „niebiański pies”? Kanji się zgadzają, a samo słowo „tengu” pochodzi niby od chińskiego „tiangou”, który rzeczywiście jest psem, ale to chyba najgorsze opisanie tengu jakie widziałam. Nie ma w nich nic psiego.

Kupić?

Jeśli ktoś jest fanem yaoi – tak, powinno się spodobać. Jeśli ktoś ma ochotę (jak ja) wspomóc nowo powstałe wydawnictwo – super, ale w takim razie pamiętajcie też o Taidze – osobiście czekam niecierpliwie na ich powrót. Jeśli ktoś ma za dużo forsy, albo lubi niezobowiązujące, krótkie szkolne komedie, albo równie krótkie romanse – można śmiało brać. Monster Petite Panic, mimo mojego zrzędzenia, czytało się nawet nieźle. Jak na debiut wydawniczy jest spoko… Tylko mam nadzieję, że następne tytuły Dango dobierze lepiej. Ciekawiej. Wiem, że trzeba zacząć od rzeczy małych, ale czy to naprawdę musiało być tak krótkie yaoi?

Dziś Lisowa mnie spytała, czy nie mamy już za dużo wydawnictw, zajmujących się yaoicami. Powiedziałam, że teoretycznie yaoicowe było Kotori, ale ostatnio zaczęło zdradzać yaoistki coraz częściej, a aktualnie w swojej ofercie BL nie ma tylko JPF.

I dupa, skłamałam, bo tak jakby ma. Zapomniałam o Wish CLAMPów, które tak trochę yaoi jest. Wydawnictwem bez yaoi okazała się jednak Taiga.

Reklamy