Tagi

, , , , ,

Wszechmocny Yato doczekał się wreszcie chwili, gdy yatoizm oficjalnie dotarł do Polski! Wśród fanów mangi i anime wiara w boga na posyłki funkcjonowała już od pewnego czasu, ale od kiedy po Internetach gruchnęła plota, że Studio JG wyda Noragami, wyznawcy najsłynniejszego dresiarza japońskiego panteonu mogli oficjalnie zacząć szykować ołtarzyki na swoich półkach.

Noragami 1/?

1444996675_12896316

Adachitoka to duet dwóch rysowniczek: Adachi oraz Tokashiki. Noragami jest ich drugą mangą, chociaż pierwszą samodzielną – poprzednia seria, Alive: Saishuu Shinkateki Shounen, była przez nie ilustrowana, ale za fabułę odpowiadał pan Tadashi Kawashima, zmarły w 2010 roku, już po zakończeniu mangi Alive. Na końcu tomiku można zresztą przeczytać komentarz autorek, który moim zdaniem jest zarówno sympatyczny, jak i wzruszający. Nie ukrywajmy – posłowia mangaków są często dla zachodniego czytelnika dość sztuczne, z nadmiernym dziękowaniem i kajaniem się. Adachitoce udało się jednak zawrzeć pozornie trudne do pogodzenia emocje – smutek z powodu śmierci współpracownika, wdzięczność wobec tegoż, radość z wydania nowej serii, niepewność i stres związane z rzuceniem na głęboką wodę… To niby tylko trzy kartki dodatku, ale przyznam, że dawno nie polubiłam tak bardzo żadnego mangaki. I ta kulka rysująca mangi w niebie!

Treść

Pierwszy tom Noragami zawiera trzy rozdziały, które twórcy pierwszego sezonu anime ścisnęli w dwóch odcinkach. Nie, żebym ich za to potępiała – mają w końcu ograniczony czas – ale dużo bardziej podoba mi się rozwiązanie Adachitoki. Noragami ma w końcu troje protagonistów i uważam, że rozdział na wprowadzenie każdego z nich to znakomity pomysł.

Bardzo cenię Noragami za kreację postaci. Yato, Hiyori i Yukine dadzą się lubić, ale bardzo szybko pokazują się nam też z tej gorszej strony… Szczególnie panowie. O Hiyori trochę trudno mi się wypowiadać – w anime raczej ją lubiłam, momentami była trochę mdła, miałka i nudnawa, a ta jej wrestlingowa pasja dodana jest chyba po to, żeby nie robić z niej totalnej damy w opałach – ale może w mandze wyrobi się lepiej. Na razie tylko przewracam oczami na jej uwielbienie do Tono, jungle savate i scenę spotkania z Yato – wiecie, to taki ewidentny spoiler od autorek, że miłość, przeznaczenie, pierwsze wejrzenie i prywatne wiaterki, że to aż nie pasuje do tej mangi – ale nadal jest okej. Umówmy się, że mogło być dużo gorzej. Z całej trójki jednak to ją lubię najmniej, albo raczej – dość mi ta postać zwisa.

(Po mojemu powinna zostać shinki Yato i hajtnąć się z Yukine. Yato shipuję z Kofuku, ewentualnie z Bishą, która może i ma problemy z kontrolą gniewu i nadmierną emocjonalnością, ale przynajmniej jest porządnym, żeńskim badassem. A Kofuku jest przeurocza.)

Yatoistką jestem za to wierną, choć moje ukochane bóstwo na posyłki to kawał drania. Jak wszyscy wyznawcy żyję w głębokiej czci do jego miękkiego, wrażliwego serduszka, które z czasem będzie wyłaziło coraz śmielej – ale uwielbiam tego bufona, nie ma co ukrywać. Yato to świetny antybohater: pełen wad, arogancki, przemądrzały, pozbawiony krztyny empatii i taktu, klepie biedę ale zraża do siebie wszystkich klientów, bo brakuje mu i pokory, i pomyślunku. Na ile to jego charakter, a na ile poza i maska – to się okaże w kolejnych tomach, nie wszystko na raz, ale mały przedsmak boskiej dobroci czeka nas już w trzecim rozdziale. Bo chyba nikogo nie zdziwi, że to w głębi serca poczciwy i strachliwy dzieciak? Przecież to się wcale nie wyklucza z byciem rozkosznym durniem!

Yukine w tym tomie jest jeszcze malutko, sama końcówka trzeciego rozdziału, ale dzieciak błyskawicznie pokazuje pazur – a z początku jest takim małym, zbuntowanym, nieznośnym gnojkiem, którego najchętniej przełożyłabym przez kolano i tłukła po dupie ile wlezie (byłam przeciwko biciu dzieci, dopóki nie zaczęłam ich uczyć). I chociaż w anime dziko mnie wkurzał, to samym pomysłem autorek jestem zachwycona. W mangach pełno jest postaci krystalicznie czystych i/lub nadmiernie zajebistych – irytujące bachory, które z czasem dorośleją, to coś cudownie nowego. A, biorąc pod uwagę charakterek Yato – panowie są siebie warci i mam nadzieję, że autorki mangi dobrze to wykorzystają.

Wykonanie

Noragami jest mangą bardzo czystą. Strony i kadry są przejrzyste, onomatopei jest niewiele, tła rysowane są stosunkowo oszczędnie, a sceny walki można śledzić bez większego wysiłku. Mamy trochę scen zdeformowanych dla efektu komicznego, ale nie jest to nic skrajnego (chociaż Yato-stalker w szpitalu rządzi). Z jednej strony to zaleta, bo ułatwia czytanie – z drugiej, jako fanka znacznie bardziej ekspresyjnego rysunku, czuję się nieco nieusatysfakcjonowana. Bezpieczne rozwiązania są dość nudnawe, nie?

Za dość ciekawy uważam sposób rysowania oczu. Nie wszystkich i nie zawsze, ale Yato ma dość przerażające i nieludzkie spojrzenie, nie sądzicie? Stosunkowo nieduże oczy jak na mangową kobietę ma Tomone i nie powiem, żeby mnie to nie urzekło. Zresztą, umówmy się – w ogóle bardzo lubię projekt postaci Tomone. W mandze z taką ilością japońskiego panteonu powinno być znacznie więcej tradycyjnych japońskich strojów, ot co!

Projekt obwoluty jest bardzo prosty – przód i tył są czarne, grzbiet biały. Na przedzie mamy grafikę z bohaterami i może odrobinę zbyt intensywny kolorystycznie napis, ale nie jest to nic, co mogłoby przeszkadzać. Brakuje mi jakiegoś elementu graficznego na grzbiecie – szczególnie, że na tyle mamy pięć jenów w koronce. To logo jest tak słodkie, że chętnie wrzuciłabym je w bardziej widoczne miejsce. Okładka jest identyczna jak obwoluta, tylko biało-fioletowa. Bez szału, jednym słowem. Bezpiecznie i troszkę nudno.

Wydanie polskie

Polskim wydawcą Noragami jest Studio JG. Ze Studiem JG jest jak ze wszystkimi mangowymi wydawnictwami w Polsce – nie wszystko funkcjonuje jak powinno, ale w tej branży to pewna norma, więc trochę głupio narzekać.

Nie mam żadnych zastrzeżeń do strony wizualnej. Jest ładnie, równo, wyraźnie – tak jak powinno być. Pierwsze dwie kartki są w kolorze na śliskim papierze, co niestety zaowocowało tylko jedną ilustracją, ale powiedzmy, że to pewna norma. Chociaż czy ja jestem dziwna, czy to trochę marnotrawstwo? Nie mam ich teraz pod ręką, ale pamiętam, jak skusiłam się na omnibusy z Tokyo Babylon CLAMP – nie było tam nawet odrobiny niewykorzystanej przestrzeni, a artów nawalono tyle, że nawet tak wybredny czytelnik jak ja nie miał na co zrzędzić.

Wypatrzyłam tylko dwie małe niekonsekwencje. Na początku drugiego rozdziału, na stronie 75 widzimy w pełni japońską gazetę – co ujdzie, chociaż podejrzewam, że trochę czasu, dobra kopia i cierpliwy grafik poradziliby sobie z przerobieniem krzaków na rodzime szlaczki.

20151224_141738.jpg

Japoński napis pozostawiono także na stronie 177, chociaż we wszystkich innych miejscach (słusznie) graficy wstawili polskie tłumaczenie. Ciekawi mnie, czy ktoś to po prostu przegapił, czy kryje się za tym jakaś głębsza historia.

20151224_141610.jpg

Tłumacz, pani Paulina Ślusarczyk-Bryła, dość zgrabnie wybrnęła z ewentualnych problemów, których Noragami nastręczał moim zdaniem całkiem sporo. Jestem bardzo zadowolona z jej „kilku słów od tłumaczki” – zajmują całą stronę i wyczerpują moim zdaniem temat. Uważam, że takie wyjaśnienia powinny być standardem na polskim rynku mangowym – japoński i polski bardzo różnią się od siebie, więc naturalnie pewne rzeczy giną w tłumaczeniu, a łatwo w ten sposób dopieścić jednostki upierdliwe i ciekawskie. Takie jak ja, dla przykładu.

Jestem absolutnie zachwycona sposobem, w jaki pani Ślusarczyk-Bryła przetłumaczyła krótki dialog między przyjaciółkami Hiyori – Ami i Yamą – z CAT-TUNEM, „Cazuya to mój mąż!” oraz Kaką Demona. Ponieważ nie wszyscy znają się na j-popie, pozwolę sobie wyjaśnić mój zachwyt: KAT-TUN (nazwa zespołu wzięła się od nazwisk członków) był jeszcze kilka lat temu jednym z najpopularniejszych boysbandów w Japonii. Nie jestem pewna jak jest teraz, bo szczyt mojego rozeznania w azjatyckich dramach (w których grała kupa popowych gwiazdek) przypada na lata 2008-2010, ale z tego co twierdzą Internety, skład zespołu skurczył się z sześciu członków to trzech, co mnie bardzo smuci. Jak w tamtym roku skusiłam się na obejrzenie 47 roninów z Kijanką Reevesem i zobaczyłam tam Jina Akanishiego (literka A z nazwy zespołu) to piałam z radości przez pół filmu. Poczułam się znów taka młoda… Niżej dwie pierwsze litery KAT-TUNA, czyli Jin Akanishi i Kazuya (Cazuya) Kamenashi (Camenashi?):

hqdefault

Kaka demona to popularne niegdyś w Internetach misheard lyrics piosenki Behemotha Decade of Therion. Zainteresowanych odsyłam choćby na Joemonstera. Wystarczy pierwsze dziesięć, piętnaście sekund.

Jest też sporo zdań, które mnie ujęły: „Niech ci się darzy”, „Zauważyłaś, że dusza z ciebie wyszła?”, „Taka twoja uroda”, „Nie jestem bezprzewodowa?”… Mogłabym jeszcze trochę wymieniać, ale może bez (większych) spoilerów.

Mam do tłumaczenia tylko jedno ale – chodzi o przetłumaczenie shinki jako „boski oręż”. Tłumaczka sama wyjaśnia, że słowo to nawiązuje do japońskich regaliów cesarskich. Słowo „regalia” funkcjonuje w języku polskim i oznacza insygnia królewskie – „regalis” oznacza „królewski”. „Boski Oręż” nie jest może najgorszym rozwiązaniem, regalia dotyczą niby władzy monarszej, a insygnium może wydawać się brzmieniowo nieco sztuczne, ale… No dobrze, po głębokim namyśle stwierdzam, że się czepiam. Ale co ja poradzę, że mi ten Boski Oręż działa na nerwy?

Kupić?

I to jak najszybciej, bo na dniach wyszedł już drugi tom, a chociaż Studio JG zrobiło dodruk pierwszego, nie wierzę, żeby tak gorący towar utrzymał się długo na sklepowych półkach. Chyba nigdy nie widziałam, żeby nakład jakiejś mangi wyczerpał się tak szybko – może to po części moja niewiedza, bo często zamawiam przedpłaty, a w sklepach z komiksami jestem stałym klientem – ale sprawa przedstawia się niepokojąco. Mam nadzieję, że Studio JG nie spocznie na laurach tego hitu.

No i że wydadzą spin-offy, których na razie nie jest zbyt wiele, ale nie jest to przecież powód, żeby miały polskiego czytelnika ominąć. Tylko błagam – w jakiejś innej formie niż dodatki do No.6, bo te broszurki są szalenie irytujące.

Reklamy