Tagi

, ,

Dawno dawno temu, na początku lat siedemdziesiątych, już po gierkowym „Pomożecie?” dwóch nastoletnich braci wybrało się do kina. Miejscowość była mała, jednak w tamtych czasach nawet kina na pipidówach pękały w szwach – bo telewizja jak była, to gówno w niej było, a o Internetach jeszcze nikt nie słyszał.

We wspomnianym kinie tego dnia wyświetlano Pojedynek na wietrze Keiichiego Ozawy – a wiadomo, samuraje, katany, łby lecą, więc młodszego dzieciaka obsługa postanowiła nie wpuścić. Na salę wszedł więc tylko starszy z braci, a po seansie, jak na starszego brata przystało, opowiedział młodszemu cały film ze szczegółami – wyolbrzymiając to i owo, żeby gówniarzowi dokuczyć.

Sam film podobno jest co najwyżej średni. Trudno powiedzieć o nim coś więcej. Ozawa nie ma nawet swojego wpisu na angielskiej wiki, a sam Pojedynek na wietrze (Kaze no tengu) to film widmo, którego się nawet za bardzo spiracić w Internetach nie da. Nie wiem o nim za wiele, a gdy się teraz zastanawiam, nie znam też tła tej historii – czy bracia byli już wtedy fanami kina samurajskiego? Czy starszy z nich kiedykolwiek jarał się Kurosawą tak jak młodszy? Czy wybrali się na Pojedynek na wietrze znając już Siedmiu samurajów Kurosawy? W końcu ta legendarna produkcja miała swoją premierę zanim przyszli na świat, ale kto wie, kiedy pojawiła się w PRLu?

7587613.3Teoretycznie mogłabym uzyskać odpowiedzi na te wszystkie pytania bez większych trudności, wystarczyłoby poczekać do rana. W końcu młodszy z tych braci jest moim ojcem i doprowadza mnie swoją samurajską pasją do białej gorączki. Zresztą, nie tylko samurajską, bo mój ojciec jest tym samym okropnym typem pasjonata co ja, pasjonuje się dużo i bardzo. Oboje mamy też bardzo dobrą pamięć do tych swoich pasji, o ile jednak ja znajduję przyjemność w oglądaniu po raz drugi tych samych filmów i czytaniu tych samych książek – to mój rodziciel wybrzydza jak jasna cholera.

Mogłabym tu napisać cały esej. Z jednej strony mocno zrzędzący, z drugiej – pełen podziwu. Skąd podziw? Bo jestem dwa razy młodsza, mam dużo mniej obowiązków i zajęć, a mimo to nie radzę sobie w ogóle z organizacją czasu, i to jest niesamowite, żeby tyle czytać, oglądać, a do tego chodzić do pracy, uprawiać sport, zajmować się imponującą ilością roślin i jeszcze mieć czas na rodzinę i zwykłe obijanie się. Więc czemu zrzędzę? Bo to w dużej mierze na mnie spoczywa dostarczanie mu literatury (najlepsze są grube i wielotomowe sagi fantasy), filmów i innych wrażeń.

Jakieś trzy lata temu przywiozłam ojcu bodajże pierwszy sezon Gry o tron. Siedliśmy do seansu razem, ale po obejrzeniu czterech odcinków pod rząd zrejterowałam (a potem mi się te wszystkie martinowe mordy na ślubach po nocach śniły). Następnie przywiozłam mu całą sagę, kręcił nosem, że początek zna z serialu, ale potem przeczytał całość w kosmicznym tempie i teraz już serialu nie lubi. Wtedy przyszła kolej na kolejne grubaśne cykle, a że część z nich jest niepokończona, regularnie upomina się, czy wiem coś o kolejnych tomach. Na szczęście mama podrzuciła mu ostatnio skandynawskie kryminały i co ona tam jeszcze czyta (ta kobieta też ma tempo, ale nie angażuje w to innych) i tak jakby od wynajdywania ojcu literatury mam chwilowy spokój.

Ale nie od kina samurajskiego!

7samuraiOpowieść, którą przetoczyłam wyżej – o tym cholernym Pojedynku na wietrze – słyszałam tyle razy, że z czystym sercem przewracam oczami, gdy opowiada ją po raz kolejny. Ojciec jest głęboko przekonany, że samurajskie filmy Kurosawy mam w małym palcu od dzieciństwa, a tłumaczenie, że gówno prawda, bo najpierw byłam za mała, a potem wszyscy zainteresowani już je widzieli (nie lubię oglądać filmów sama). Teraz siedzę na święta w domu i piracę filmy na potęgę. Piracę, bo wynajduję takie pozycje, o których filmweb ledwo słyszał. Napisów polskich do tego nie ma, angielskiego ojciec nie zna, a w niemieckich i rosyjskich Internetach nie czuję się na tyle dobrze, żeby coś stamtąd piracić – więc piracę i tłumaczę. Przerabiam angielskie napisy na polskie, bo szybciej… I dostaję wścieklizny, bo błędy takie, że zęby bolą. Jak ostatnio znalazłam polskie, to bolały jeszcze bardziej, bo nawet google translate lepiej używa naszego rodzimego języka niż osoba, która robiła to tłumaczenie.

Tłumaczę na samym notatniku, bez zerkania na film, bo tak jest szybciej. A musi być szybciej, bo mamy tempo dwóch pozycji dziennie. Fuszera pierwsza klasa. Do tego widzę jakieś daty z kosmosu (w końcu setting historyczny, więc są i daty), to mam ochotę siedzieć i poprawiać te bzdury, ale gdzie tam! Nie ma czasu. I jeszcze mi dogaduje, że nie mam co marudzić, bo przecież później z nim te filmy oglądam!

Jestem już tak zdesperowana, że zaczęłam piracić japońskie seriale historyczne – niestety, większość z nich okazała się na razie za bardzo historyczna, zalała nas taka ilość nazw własnych i faktów, że nawet mi samej ciężko było to spamiętać, a co dopiero mojemu ojcu, który z japońskim jest osłuchany dużo słabiej. Dumałam nad koreańskim kinem kostiumowym, ale póki co – te ojciec też zna lepiej niż ja. Są jeszcze Chiny, ale tego to w ogóle nie ogarniam… Zresztą, i Korea, i Chiny nie mają tego, co najważniejsze – samurajów.

Jeszcze chwila, a puszczę mu anime – oglądał w końcu live action do Kenshina, więc powinien przeżyć i oryginał… A takie Trust and Betrayal z tego co pamiętam było na tyle dobre i realistyczne, żeby mi nie wybrzydzał. Ale dalej co? Basilisk? Samurai Champloo? No bo przecież nie Inuyasha…

9399lW związku ze związkiem i zupełnie bez związku na Wombacie zrobi się w najbliższym czasie bardzo samurajsko. Tylko przestanę rzygać literkami. Mam wrażenie, że od trzech dni nic innego nie robię tylko siedzę i klepię dialogi w notatniku.

Chociaż z drugiej strony… Ojciec proponował, żebym robiła mu lektora na żywo… To ja już chyba wolę klepać literki.

Reklamy