Tagi

, , , ,

Dziś trochę o tym, jak Ishida rozwija coraz śmielej skrzydła, rozpoczynając nowy wątek w mojej ukochanej serii – a także o tym, jak bardzo Pierrot zepsuł anime, jak szalone są fanowskie teorie i jak bardzo błyszczy pewien znawca kulinariów. Do tego odrobina marudzenia i dużo radości w wydaniu pewnego wombata, który zbłądził, ale tym wpisem wraca na swoje śmieci.

Tak, nie było mnie okrutnie długo, ale to materiał na inną opowieść. Teraz jestem, zwarta i gotowa – i byle do następnego.

Tokyo Ghoul 4/14

Tokyo-Ghoul-4

Uwaga: Poniższy tekst adresowany jest do osób, które przeczytały poprzednie tomy bądź nie boją się koniecznych spoilerów.

Treść

Tokyo Ghoul liczy sobie czternaście tomów i zwyczajowo przez fandom dzielony jest na części sześć: prolog oraz pięć wątków fabularnych, następujących jeden po drugim. No, może wątek fabularny to nie najlepsze tłumaczenie angielskiego story arc, ale cierpię na brak lepszego określenia, więc póki co – trzymam się tego.

Prologiem jest tom pierwszy. Dwa początkowe wątki są króciutkie, choć istotne – wprowadzają ważne dla fabuły postaci, pogłębiają wiedzę czytelnika o świecie przedstawionym i budują tło dla późniejszych wydarzeń.  Pierwszy z nich, historię Hinami (jak widzę nazwę Dove Emergence arc to zawsze dwie cenne sekundy dumam, o co u diabła chodzi), mamy już za sobą. Teraz światła reflektorów skupią się gdzie indziej – i zdecydowanie będą miały się gdzie skupiać!

Sam podział na story arcs uważam w wypadku TG za dość problematyczny, bo czasem trudno jest ustalić wyraźną granicę, są też rozdziały przejściowe, które ciężko sklasyfikować, chciałam jednak powołać się na ten fanowski podział z kilku powodów. Przede wszystkim – jesteśmy na samym początku historii, którą autor nadal kontynuuje w Tokyo Ghoul:re. Mangi wydawane są w odcinkach, a ich długość często zależy od popularności serii – autorzy, którzy już się wybili, mogą robić sobie bardziej szczegółowe plany, ale początkujący mangaka rzadko bywa pewien przyszłości swojego dzieła, więc podział na story arcs jest naturalnym wynikiem zarówno odcinkowości, jak i wspomnianej niepewności. Z tego też samego powodu powstają tasiemce – na fali popularności historia zostaje rozciągnięta, rozdmuchana i doprowadzona do monstrualnych rozmiarów. Ale ten problem Tokyo Ghoula póki co (na szczęście) nie dotyczy.

Poza tym na razie słabo to jeszcze widać, ale Ishida ma niesamowity talent do konstruowania historii i wielokrotnie udowodnił, że wyjątkowo sprawnie potrafi używać strzelby Czechowa („Strzelba, która wisi na ścianie w akcie pierwszym, wypali w akcie trzecim…”). Daje to znakomite pole do popisu masowym zgadywankom, ale o tym innym razem. Wróćmy teraz do tomu czwartego i wątku Smakosza.

No i tu zaspoilerowałam – nietrudno się domyśleć, że wspomnianym Smakoszem jest barwny pan z okładki. Zapewniam jednak wszystkich, którym anime skrzywdziło wyobraźnię, że Shuu Tsukiyama jest w mandze znacznie bardziej udaną postacią. Dalej jest egzaltowany i pieprznięty, ale trudno odmówić mu swoistego uroku – a gdy w późniejszych tomach oraz nowelkach poznajemy go lepiej… Cóż, nie będę ukrywać, że ostatnimi czasy stał się jedną z moich ulubionych postaci. Szkoda, że twórcy anime zdecydowali się wykreować go na zboczonego pojeba. No, ale może dość tych spoilerów.

W czwartym tomie poznajemy nie tylko Smakosza, ale też kilka innych postaci, które mają swoje role do odegrania i które w jakiś sposób odcisną pięto na życiu głównego bohatera. Nie ma jednak co ukrywać – najwięcej pogwiazdorzy Tsukiyama, a trzeba przyznać, że ma to we krwi.

Ale może trochę konkretów, bo jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że w tym tomie nic się nie dzieje! A dzieje się przecież mnóstwo, choć jak zwykle (u Ishidy) diabeł tkwi w szczegółach. A więc w tym tomie:

  • Kaneki odwiedzi mieszkania dwojga znajomych ghuli i pozna ich nader ludzkich znajomych.
  • Trafi też po raz pierwszy w kilka miejsc, do których raczej nie zawędrowałby sam, gdyby nie towarzystwo – a które odegrają jeszcze swoją rolę w tej historii.
  • Zobaczymy zarówno trochę treningu różnorakiego, jak i praktycznego zastosowania sztuk walki.
  • Podejrzymy głównego bohatera pod prysznicem, choć nie będzie to zbyt imponujący widok,  ale nie od razu abs Rzym zbudowano.
  • Dostaniemy też kilka krótkich, ale ciekawych retrospekcji, oraz cztery strony przeuroczych dodatków.

No i wspomniana strzelba Czechowa – sporo postaci i drobnych szczegółów, które na razie zdają się zwykłym urozmaiceniem historii, a które wrócą jeszcze i przypomną o sobie, a wtedy czytelnik będzie mógł wywalić gały i pozbierać szczękę z podłogi.

Cholera, kocham tę serię, ryly.

Wykonanie

W tym tomie aż dwa rozdziały mają strony tytułowe, na widok których dostaję ślinotoku. Uwielbiam zarówno ich koncept, jak i wykonanie. Pierwsza z nich jest już na samym początku:

Chapter_030

Rize w tym wydaniu jest absolutnie cudowna i jestem krok od zakochania się. Nieco dalej pojawia się grafika z zupełnie innej beczki, ale równie zachwycająca:
Chapter_034

Zresztą, co się będę rozdrabniać – strona wizualna Tokyo Ghoula zawsze mnie urzeka, a im dalej, tym częściej. W początkowych tomach rysunek jest niezły, ma swój urok i cechy charakterystyczne, od czasu do czasu trafiają się perełki, ale Ishida jeszcze tutaj się rozwija. Mam wrażenie, że bardzo dużym krokiem było właśnie wprowadzenie do historii Tsukiyamy – przeglądam teraz czwarty tom i mam wrażenie, że żadnej innej postaci autor nie rysował tak starannie. Widać wyrazistą koncepcję postaci i starania, by wizualnie oddać specyficzną aurę tej postaci.

Dopiero teraz się zorientowałam, jak mało onomatopei pojawia się w TG. A tyle czasu dumałam, czemu kadry wydają mi się takie puste i czyste, chociaż na większości z nich pojawiają się tła. Do tego rysunek Ishidy jest już charakterystyczny, ale nadal dość grzeczny – nawet sceny akcji i walk są tak przejrzyste, że mucha nie siada. Niby wszystko cacy, niektórzy za tym tęsknią, ale osobiście wolę jego późniejsze szaleństwa. Znajome ASP zdążyło mnie zarazić swoimi preferencjami i lubię jak coś jest pomaziane.

Wydanie polskie

Buhahaha, Nishiki zmienił studia! Ekhm, no dobra, a teraz na poważnie.

Jakiś czas temu Tsukiakari-sama zwróciła mi uwagę tutaj, że Waneko dało ciała i w pierwszym tomie wysłało Nishio na studia chemiczne, zamiast na farmację. Sprawdziłam kanji, rzeczywiście, polski tłumacz z nieznanych mi przyczyn podjął taką a nie inną decyzję… A teraz się rozmyślił, bo w tomie czwartym Nishiki jest już na farmacji. Jajca jak berety normalnie.

Z inszych inszości – nie jestem jeszcze tak upierdliwa, by porównywać oryginał z wydaniem polskim zdanie po zdaniu, ale natrafiłam na kilka fragmentów, które wydały mi się mocno podejrzane. Zdecydowałam się więc na małe śledztwo, choć mój leń wołał wniebogłosy, że lepiej będzie wykorzystać ten czas przyjemniej i wichnąć oko przed wyjściem z domu. Ale byłam dzielna i sprawdziłam, ha!

No i okazało się, że to jednak mi się mózg lasuje i wszystko jest okej, przynajmniej w tych fragmentach, które sprawdziłam. Mam ochotę zacząć czytać mangę w oryginale, ale wymaga to podjęcia drastycznych środków, a mi się ostatnimi czasy drastycznie to co najwyżej nie chce.

W każdym razie – wszystko wskazuje na to, że pani Kochanowska tym razem przetłumaczyła wszystko cacy, poprawiła stary błąd i generalnie mucha na siada. O.

Fascynuje mnie tylko jedna sprawa – czemu Waneko nie pokusiło się na powiększone wydanie? Z tego co się orientuję, TG to ich hit wydawniczy. Nie spodziewali się tego, czy jak? Moje niezrozumienie tej decyzji rośnie za każdym razem, gdy zaglądam do Demonicznego Księcia Strażnika domu Momochi.

Kupić?

Głupie pytanie! Pewnie, że tak. Waneko trochę daje dupy ostatnimi czasy, a z Tokyo Ghoulem to już szczególnie, ale to nadal bardzo dobra manga jest. Jedna z najlepszych na polskim rynku.

Zresztą, skoro anime ma swoich fanów, mimo tego, co zrobiło Studio Pierrot… Ekhm… Znaczy się… Umówmy się, że anime przy mandze wygląda jak pomyłka. Że posłużę się wypowiedzią jednego z użytkowników forum na myanimelist:

malscreen

Kto jeszcze nie ma swojego egzemplarza – niech idzie i kupi, bo już za tydzień piąty tom i kontynuacja wątku Smakosza.

Reklamy