Tagi

, , , , , ,

Pornografia to kwestia problematyczna. Z jednej strony to jeden z najbardziej prężnie działających biznesów, z drugiej – niewielu przyznaje się do styczności z tą formą rozrywki, a w dobie Internetów płacenie za porno wydaje się co najmniej ekstrawagancją. W końcu w sieci jest tyle darmowych, hm, materiałów, więc po co przepłacać?

Ale kupna pierwszego pełnokrwistego hentaia wydanego na polskim rynku zwyczajnie nie mogłam sobie odmówić.

Poniższy wpis dotyczy pornografii i przeznaczony jest tylko dla osób powyżej 18 roku życia.

Witchcraft – 1/1

W pewnych kręgach manga i anime (rozumiane jako jedno i to samo) zwykły kojarzyć się z słodkimi lolitkami w dwuznacznych pozach i cycatymi panienkami w obcisłych kreacjach, pod którymi na pewno nie noszą bielizny. Jest w tym trochę prawdy – określamy to jako „ecchi”. Ecchi jest zboczone, sprośne, pełne podtekstów – ale nic więcej. Seks i twarda pornografia są domeną hentaiów.

Nie dajcie się zwieść – chociaż oba określenia mają japoński rodowód i znaczenie, używane są przez mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni w nieco innym kontekście niż praktykuje to zachodni fandom mangi i anime. Nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą, ale to temat na odrębny tekst.

Witchcraft autorstwa Yamatogawy jest bez wątpienia hentaiem w rozumieniu zachodnim. To mangowa pornografia w pełnym rozkwicie – innymi słowy, jest tu mnóstwo seksu i udziwnień.

Treść…

Ekhm… No dobrze. Fabuła jest. Powiedzmy. W sumie jest nawet całkiem skomplikowana, przynajmniej w porównaniu ze zwyczajowym schematem z rodzaju „przychodzi przystojny hydraulik, a ona nie ma gotówki, więc odwdzięcza się w inny sposób”. Z drugiej strony – na każdy rozdział przypada po kilka stosunków, co przy jednotomowej mandze osiąga i tak zawrotną ilość kopulacji. I to przy dwóch zaledwie samcach, z których jeden jest na doczepkę i tylko raz udaje mu się zaliczyć. Biedaczek.

Historia zaczyna się od spotkania głównego bohatera, nieco pierdołowatego Kaoru, z dość wyrachowaną wróżką Kyoko. Czarownica decyduje się wykorzystać chłopaka do swoich eksperymentów w hipnozą, które przynoszą dość zaskakujące efekty uboczne. Kaoru zostaje asystentem Kyoko; wkrótce jednak przychodzi mu zmierzyć się z kolejną adeptką magii, sponsorowaną przez mafię cycatą idolką oraz pewnym słodkim dziewczęciem, które wie za dużo i zdecydowanie nie wygląda na swój wiek… Ale bez spoilerów.

Jak widać – jakaś fabuła jest. Jakaś akcja też. W sumie szkoda, że autor nie poświęcił kilku kadrów kopulacji na rozwinięcie niektórych wątków. W obecnym wydaniu mamy jakieś 90% seksu na 10% fabuły – a moim zdaniem nawet przy 70% porno miłośnicy gatunku nie mieliby na co narzekać.

W sumie – pochwała należy się także bohaterom. Kaoru to ciapa, która z każdym orgazmem nieco mężnieje, ale główne trzy postaci żeńskie są bardzo w porządku. Sara jest nieco tsundere – niby wszystkich nie znosi, niby drze gębę, a jak przychodzi co do czego, to wychodzi z niej słodkie dziewczę – ale to i tak konkretna dziewczyna. Megumi jest trochę przygłupia, ale jej bezproblemowe podejście do życia i seksu ma w sobie dużo uroku. No i jest jeszcze Kyoko, w której dusza naukowca łączy się z urokiem femme fatal. Co do Alice… Cóż, trudno ją lubić, ale zdecydowanie nie można powiedzieć, że jest bezbarwna.

Wykonanie

Bo i nie ma na co, moim zdaniem, narzekać. Rysunki są dosadne, szczegółowe i nieco przesadzone, ale tylko nieco. Trójka głównych bohaterek na brak urody nie może narzekać, jednak mają dość naturalne ciała – szczególna pochwała należy się za naturalnej wielkości biusty, a nie jakieś podskórne monstra. Inną sprawą są wyjątkowo żylaste penisy o zdecydowanie przesadzonych rozmiarach, szczegółowe rysunki żeńskich genitaliów oraz porażająca ilość płynów. Witchcraft to hentai wyjątkowo mokry – spermy, śluzu, łez, śliny i potu jest tam tyle, że aktorskie filmy zdają się piaskami pustyni. Tyle dobrego, że nie ma nigdzie wątku moczu ani kału, bo to jedna z niewielu rzeczy, które mnie odrzucają.

Witchcraft sprawdza się jako pornos, na dwustu stronach realizując zarówno klasyczne elementy gatunku, jak i pewną egzotykę. Mamy więc miłość francuską, hiszpańską, oraz taką zupełnie normalną; anale, sandwiche, wrong hole, trochę bondage… No i nieco motywów bardzo hentaiowych. Stosunkowo niegroźnym, a dość specyficznym są futanari.

Futanari jest japońskim słowem oznaczającym hermafrodytę, w hentaiowym światku opisuje jednak laskę z fiutem. Nie jest to shemale – to prawdziwa kobieta, której najczęściej w nadprzyrodzony sposób wyrasta wielka pała, zapewne w duchu hasła, że łechtaczka to niedorobiony penis. Futanari nie mają moszny, ale ich wyposażenie jest zawsze gotowe, często kolosalne i tryskające spermą niczym gejzer albo wstrząśnięty szampan. Ponieważ ich penisy wyrastają z łechtaczek, mają też pochwy – co pozwala na bardzo dziwne konfiguracje.

Drugą sprawą jest hentaiowe podejście do gwałtów i kobiecej seksualności. Słabo ogarniam zachodnie porno – jest raczej nudne, sztuczne i mało zabawne – ale wbrew pozornym podobieństwom, różnica jest wyczuwalna. W jednych i drugich gwałty często kończą się tym, że kobietom zaczyna się podobać i w pewnym momencie dołączają do zabawy, jednak japońska animacja doprowadziła ten wątek do pewnego ekstremum. Kobiety są w nich nienasycone, ich seksualność rozbuchana, a po odpowiedniej ilości rżnięcia każda z nich zrzuca maskę cnotki i staje się niezaspokojonym potworem, który nigdy nie ma dość (choć czasem tak twierdzi), a pod wpływem przyjemności niemalże traci zmysły i człowieczeństwo.

Witchcrafcie jest sporo przymusu, jednak nie potrafię się przemóc i powkurzać. Owszem, jest to przemoc, gwałt, i co tam jeszcze… A wszystko przedstawiono w sposób, od którego moja feministyczna dusza powinna zapłonąć świętym oburzeniem (czy jakoś tak), a nie płonie. Bo niby czytam komiks, w którym gwałcą, a wszystkim od tych gwałtów dobrze jak rzadko, ale niski stopień realizmu nie sprzyja traktowaniu tego serio. A problem przemocy seksualnej jest ciągle aktualny.

Podobno Japonia jest jednym z najbezpieczniejszych państw – a jednocześnie powstaje tam cholernie dużo gier, komiksów i animacji pełnych seksu i przemocy. Czy nie jest to pewien bufor bezpieczeństwa, szalony kontrast, kolejna sprzeczność, która pomaga funkcjonować Japończykom? Owszem, trafiają się wśród nich zboczeńcy i kanalie, ale statystycznie jest ich mniej. Statystycznie społeczeństwo trzyma tam mocno jednostkę za mordę, pozwalając jej jednak na nieszkodliwą lekturę zboczonych, brutalnych komiksów, w których za grosz realizmu.

No i pewnie temu te cyce i fiuty takie wielkie, bo statystyczni Japończycy tak imponujących nie miewają.

Ale wracając do tematu – gwałty w Witchcrafcie wcale nie są takie oczywiste. Mamy gwałty pod wpływem hipnozy, kobiety zmuszające faceta do gwałtu, kobiety gwałcące kobiety… Można się nawet dopatrzeć kobiet gwałcących faceta. A to wszystko pod wpływem dużej ilości magii, więc nadmiar rozkoszy wylewa się z kadrów niczym wspomniane już hektolitry płynów różnorakich.

I z tego wszystkiego zapomniałam napisać o telepatycznej orgii i telepatycznych orgazmach. Zainteresowanym polecam ostatni rozdział, choć możecie trochę nie skumać, o co w tym chodzi (bo to porno z fabułą, ha!).

Wydanie polskie

Yumegari z przyczyn prawnych musiało wyciąć kilka kadrów, przedstawiających nieletnich w sytuacjach wybitnie jednoznacznych. Prawo japońskie jest znacznie bardziej liberalne niż nasze, a wcale nie wycenzurowano szczególnie dużo scen.

Mangę wydano w powiększonym formacie, na ładnym papierze, z sześcioma kolorowymi stronami w środku. Obwoluta jest porządna, ale zarówno na jej przedzie, jak i grzbiecie Kyoko świeci cycem – szczególnie ten grzbiet nieco utrudnia dyskretne zachomikowanie pozycji na półce, a czasem wpadnie ktoś, kto nie powinien takich bezeceństw oglądać – i robi się zdecydowanie zbyt dużo zamieszania.

Drukarnia przycięła to i owo – na początku szło jeszcze podejrzewać autora o dziwne kadrowanie, ale kilka przyciętych liter i wiadomo, o co chodzi. Ale przynajmniej krzywizn nie ma, a papier i tusz są całkiem w porządku.

Tłumaczenie? Moim zdaniem bardzo dobre, biorąc pod uwagę, jak słabo język polski radzi sobie z seksem. Trochę zabawne mogą wydawać się niektóre onomatopeje, ale nie płakałam ze śmiechu przy lekturze, więc gratuluję pani Marii Preiss wyczucia. Może nie było przy tym zbyt wiele pracy, ale została ona wykonana porządnie.

Kupić?

A bo ja wiem? Jak na hentai, to pozycja całkiem niezła. Inna sprawa, że trudno chwalić się posiadaniem takiej pozycji, szczególnie po dokładniejszych oględzinach. W większości cywilizowanego świata różnym organizacjom udało się zachęcić przemysł porno do używania prezerwatyw – ale takie rzeczy nie tutaj. Zabezpieczeń nie ma, antykoncepcji też nie, higiena jest tragiczna (pochwa to miejsce bardzo czyste, czego nie można powiedzieć o odbycie, więc wsadzanie do niej czegokolwiek, co było wcześniej w dupie, to bardzo zły pomysł), wszyscy bohaterowie proszą się o choroby weneryczne, do tego magia jest lepsza niż viagra i pozwala na ruchańsko non stop, co może źle się odbić na psychice niektórych mężczyzn… No i ta nieszczęsna sprawa gwałtów i przemocy.

Ale i tak nie żałuję, że kupiłam. I cieszę się, że na naszym rynku zaczęły pojawiać się takie pozycje. Mają swoje problemy, poziom jest jako-taki, ale lepszy rydz niż nic – i takie tytuły przecierają szlaki lepszym. A Witchcraft to i tak niezła pozycja. Nieźle wyważona, że tak powiem.

8/10, bo pionierom się należy dodatkowy plus.

Reklamy