Tagi

, , , ,

Zamówiłam przedpłatę, ale nie mogąc się doczekać – kupiłam w sklepie drugi tom Tokyo Ghoula. Po powrocie do domu okazało się, że mój egzemplarz czekał na mnie grzecznie w skrzynce (rano go nie było – chyba jednak listonosze kursują kilka razy dziennie), ale nic nie szkodzi, bo śliczną Toukę przygarnęła Lisowa. A sami przyznajcie, że Touka jest śliczna, choć pod spódnicą chyba nosi turniurę.

Ot, zboczeńcem być. Fanem, znaczy się. A ponieważ jestem fanem, pozrzędzę i ponarzekam bardziej niż zwykle.

Tokyo Ghoul – 2/14

Uwaga: Poniższy tekst adresowany jest do osób, które przeczytały tom pierwszy bądź nie boją się koniecznych spoilerów.

Treść

Kaneki powoli zaczyna ogarniać swoje nowe życie. W Anteiku uczy się parzyć kawę, udaje mu się też wrócić na uczelnię, dzięki Yoshimurze wzbogaca nieco swoją dietę i zdaje się, że jego życie wcale nie jest aż takie tragiczne jak zapowiadał. Dowiaduje się jednak o niebezpieczeństwach czyhających na niego i jemu podobnych, gdy w okolicy pojawiają się inspektorzy ghuli – łowcy z ramienia rządu, podejrzani faceci z jeszcze bardziej podejrzanymi walizkami, potocznie zwani „gołębiami”. Ze względów bezpieczeństwa bohater dorobi się więc maski – i pozna bardzo sympatycznego, choć nieco przerażającego na pierwszy rzut oka wytwórcę masek, Utę – ale czy to wystarczy? No… Akurat to w następnych tomach. Oprócz Uty poznamy jeszcze milczącego i nieco groźnego Yomo, łagodną panią Ryouko Fueguchi i jej nieśmiałą córkę Hinami, przyjacielskiego pana Komę oraz kilku pracowników Biura Śledczego do Spraw Ghuli. Mignie też jedna znajoma twarz, wspomniany zostanie pewien niebezpieczny osobnik, a główny bohater znacznie ochłonie, zmądrzeje i cokolwiek dorośnie. Wprawdzie przed nim jeszcze daleka droga, ale postępy widać. Czy jednak samoakceptacja wystarczy, by przeżyć w świecie paranoicznych drapieżników?

Wykonanie

Bawi mnie spódnica Touki, ale obwoluta jest nadal śliczna i wydrukowana na bardzo porządnym papierze. Nie mam też większych zastrzeżeń co do samego tomiku – standardowo okładka pod obwolutą mnie nie zachwyca, a papier mógłby być kapkę porządniejszy i grubszy, ale tragedii nie ma.

Mamy trochę ujęć ładnych, trochę przerażających (dużo kripi spojrzeń w wydaniu różnych osób i Kureo Mado we własnej, zbzikowanej osobie), trochę zabawnych, ale szału jeszcze nie ma. Ishida rozwija swój warsztat, trochę więcej kombinuje z kadrowaniem, cieniowaniem, rastrami i spółką, ale na razie wszystko jest jeszcze w strefie bezpieczeństwa.

Ale jest dobrze. Bez szaleństw, ale całkiem porządnie. Widać poprawę w stosunku do poprzedniego tomu pod każdym względem – zarówno rysunku, jak i konstruowania scen, tworzenia historii i płynnych przejść między rozdziałami. No i są komiczne brwi Amona, choć brakuje im jeszcze zawijasów. Soon…

Jak ja nie znoszę Amona. I nie na zasadzie, że kocham go nie znosić. Naprawdę nie trawię typa i nie pojmuję fenomenu. Doceniam jego wkład dla fabuły, ale zasługuje na szybką i jak najmniej chwalebną śmierć. Psuje mi ukochaną mangę.

Wydanie polskie

Tłumaczy – tak jak poprzedni tom – pani Joanna Kochanowska. O problemach z tłumaczeniem tej mangi pisałam tutaj oraz tutaj, zanim jeszcze na rynku pojawił się pierwszy tom – ale dopiero teraz jestem w stanie ocenić politykę wydawnictwa względem tego tytułu.

I powiadam wam, że tłumaczenie Tokyo Ghoula próbuje być kompromisem. A w sztuce nie ma nic bardziej chujowego niż kompromis. Ale o tym wspomnę pod sam koniec, bo jest o czym pisać.

Polonistycznie nie jest źle. Tłumaczka radzi sobie całkiem nieźle, dialogi są naturalne, nawet bardziej niż w poprzednim tomie. Mamy trochę przekleństw, trochę obelg, jest pod tym względem nawet zgrabnie. „Biuro Śledcze do spraw Ghuli” – skracane do BSG – mnie satysfakcjonuje, choć nadal potrzebuję chwili, żeby skojarzyć ten skrót z CCG, ale to tylko kwestia przyzwyczajenia. Trochę zgrzyta określenie „inspektor ghuli”; „inspektor” jest wprawdzie stopniem policyjnym, ale przede wszystkim kojarzy się z osobą dokonującą „inspekcji”, a to trochę nieadekwatne określenie na działalność Biura, którego pracownicy śledzą, polują i eksterminują (sporadycznie łapią żywcem) ghule. Inspektor ghuli brzmi jak osoba, która odwiedza hodowle tych stworzeń i sprawdza, czy wszystko jest w normie i wedle wzorca rasy… Do tego wszystkiego „inspektor” jest odpowiednikiem wojskowego „pułkownika”, a w obrębie łowców ghuli mamy sześć różnych stopni w dwóch kategoriach – młodszych i starszych śledczych. Ale umówmy się, że ten „inspektor” od biedy ujdzie. Chociaż mi się nie podoba.

Pseudonimy, jakie nadawane są ghulom – „Jednooki”, „Żarłoczna”, „Smakosz” – wypadają naturalnie, choć „Żarłoczna” też nieco mnie razi. Na chwilę obecną zdecydowanie bardziej pasowałby „Żarłok” – ponieważ w tym momencie fabuły BSG nie określiło jeszcze płci tego ghula. Mam trudności ze znalezieniem rozmowy, w której doszli do wniosku, że była to kobieta (a szukałam dzielnie), ale taka rozmowa na pewno jest. I na pewno ją znajdę, bo weszło mi to na ambicję.

Kolejną kwestią są sufiksy. Nie, oczywiście, że jestem przeciwna zostawianiu sanów, chanów i kunów w polskich wydaniach, o samach nie wspominając – jednak marzy mi się pewna konsekwencja, a tutaj podejrzewam jej brak. Podejrzewam, bo japońskich skanów jakoś znaleźć nie mogę, a chińskie niewiele mi mówią (wniosek – zamówić paczkę z Nihonu). Zerknęłam jednak i do skanlacji, i do anime, więc póki co uważam moje podejrzenia za słuszne. Otóż tłumaczka rozsądnie pomija kuny i chany (próby przetłumaczenia ich na polski byłyby co najmniej karkołomne), to z sanami trochę jednak za bardzo kręci. Ogólnie rzecz biorąc sufiks „-san” to pan/pani, a więc nic nadzwyczajnego i da się przetłumaczyć zupełnie bezboleśnie. A jednak…

W pierwszym tomie „Kirishima-san” stała się „panienką Kirishimą”. No, ujdzie – tyle, że mówi tak Hide do Touki, a więc student do licealistki. Wśród równolatków normą jest, że do dziewczyn zwraca się używając nazwiska z sufiksem -san, a do chłopców – nazwiska z przyrostkiem -kun.  I tę panienkę można było spokojnie z tego powodu pominąć – ale to ujdzie.

Skoro pierwszy tom i ujdzie, to czemu to wspominam? Ponieważ drugi tom ma duży problem z sanami. Czasem tłumaczka je ignoruje, czasem wrzuca tego pana/panią. I to gryzie, szczególnie przy Touce. Może i jest dość pyskata i trochę dzika, ale mówienie do Yomo i Uty po nazwisku jest mocno nie w jej stylu. To samo dotyczy Hinami, która jest w gimnazjum i mówi do dorosłego – bądź co bądź – Kanekiego po nazwisku, choć w oryginale jest wybitnie Kaneki-san. A Hinami to nieśmiały dzieciak, w mandze może nieco mniej niż w anime (przede wszystkim, w anime ją jeszcze odmłodzili), więc taki bezczel to już w ogóle nie uchodzi.

Skoro jesteśmy przy Hinami – wprawdzie w tym tomie chyba tylko raz zwróciła się do Kanekiego per „onii-chan” (z tego, co udało mi się wyczaić w sieci), a w Polsce nie ma zwyczaju zwracania się „braciszku” nawet do własnego rodzeństwa, jednak mam nadzieję, że tłumaczce uda się gdzieś tego braciszka przemycić. Tylko niech poprawi te sany, bo to akurat było cholernie irytujące.

No i wreszcie – nasze nieszczęścia tłumaczeniowe, czyli wspomniany kompromis. Pani Kochanowska – względnie jakaś niesprecyzowana „góra” z wydawnictwa, pojęcia nie mam, kto w Waneko ma głos decydujący w takich sprawach – zdecydowała się pójść drogą francuską, czyli właśnie kompromisową. Kagune zostało kagune, czyli z japońska, bez szkarłatnych dzieciąt, ale kakugan to już szkarłatne oko, po polsku i bez cudowania. Z czterech rodzajów kagune w tym tomie wymienione są dwa – i tak ukaku (szkarłatne pióra) stało się „kagune skrzydła”, a rinkaku (szkarłatne łuski) stało się „kagune łuski”.   Quinque pozostało quinque, choć akurat przy tym nie było za bardzo co majstrować.

Czemu uważam ten kompromis za chujowy? Bo gdy próbuje się ocalić owcę i nakarmić wilka, owca zostaje bez nóżek i tyłka, a wilkowi dalej burczy w bebechach. Trochę tłumaczymy, trochę nie tłumaczymy, niby zostawiamy japoński, ale ograniczamy japońskie słownictwo do minimum, więc tworzymy nowe potworki, które są zdecydowanie potworne.

Niech będzie, że zostawiamy kagune, a tłumaczymy resztę. Nie można było zrobić tych cholernych szkarłatnych piór, pancerzy, łusek i ogonów? Japońskie nazwy zawierają wspólny człon z kagune, ale są przetłumaczalne. Mamy szkarłatne oko. Nie chcieliśmy szkarłatnego dziecięcia – ale czy musimy tworzyć takie koszmary jak kagune skrzydła? No litości. To jeden z najbardziej rozpaczliwych zabiegów tłumaczeniowych, jakie widziałam.

Wielkie sorry, ale to najgorsze tłumaczenie, jakie popełniło Waneko od czasów Uteny. A przynajmniej ja innych nie czytałam. Chociaż nawet „Lizaczek” wypada cienko przy całokształcie polskiego wydania Tokyo Ghoula. Z drugiej jednak strony – trzymam kciuki, żeby dalej było lepiej. Może nawet jakieś drobne poprawki? Zwykle jestem za tym, żeby tłumacz pozostał konsekwentny i wierny swojej pracy, ale… Nie tym razem.

Kupić?

Tłumaczyłam już, że to nie seria dla każdego? Tłumaczyłam. Może jednak zrobiłam to trochę niepotrzebnie. Tom drugi jest naprawdę świetny, znacznie lepszy od pierwszego – aż przypomniało mi się, dlaczego pokochałam tę mangę aż tak bardzo i to na samym początku. Rozwój charakterologiczny postaci – innymi słowy to, co dzieje się z Kanekim – jest niesamowity. A dalej będzie jeszcze lepiej.

Reklamy