Tagi

, , , , , ,

No i stało się. Wymagało to odwiedzenia dwóch mangowych sklepów, ale przynajmniej odbiłam sobie traumę okołosesyjną zakupami. Inna sprawa, że dramatycznie brakuje mi miejsca na półkach, ale pomartwię się tym innym razem.

Oblubienica czarnoksiężnika – 2/?

Zrzędziłam, zrzędziłam i wyszło, że te moje zrzędzenie było całkowicie zbędne. Tom drugi Oblubienicy czarnoksiężnika rozwiał większość moich wątpliwości, chociaż – rzecz jasna – nie należy chwalić dnia przed zachodem, a mang oceniać przed ich końcem… No, przynajmniej nie ostatecznie. Mangacy uwielbiają zaskakiwać czytelników, co daje bardzo różne rezultaty. Trzeba jednak przyznać, że tym razem oceniam te działania zdecydowanie na plus.

Uwaga: Poniższy tekst adresowany jest do osób, które przeczytały tom pierwszy bądź nie boją się koniecznych spoilerów.

Pierwsze wrażenie

Wspominałam, że uwielbiam obwoluty Oblubienicy? Tak? To wspomnę raz jeszcze. Nieco jaśniejsza niż poprzednia, ale utrzymana w bardzo podobnej stylistyce – zielony krajobraz mocno akcentowany czerwienią, w tle tajemniczy i nieco groźny Elias, z tyłu Selkie w swoich fioletach, ale z parasolami dla bohaterów – no i ta absolutnie przeurocza Aerial, którą naprawdę zaczynam lubić.

Pod obwolutą mamy – ponownie – pamiętniczek Selkie (i ponownie należy go czytać po skończonej lekturze) oraz plan jednego z pomieszczeń domu Eliasa (także zerkać po lekturze). Dwie kolorowe kartki z przodu, dodatek od autorki z tyłu – gdzie dowiadujemy się trochę więcej o czaszce Eliasa… A to przecież jedna z najbardziej frapujących rzeczy w tej mandze, nie? No i pytania Oberona, ale wierzę, że autorce uda się rozwinąć relację głównej pary w coś naprawdę fajnego i mocnego. Szczególnie, że zarys już jest.

Jakość papieru, druku, wydania – bez zmian. Jest naprawdę dobrze. Klap klap.

Treść i wykonanie

Kontynuacja przygód jednej z dziwniejszych par, których losy śledzę – szczególnie że Chise i Elias rzeczywiście są parą – póki co opiera się na bardzo solidnej konstrukcji, która poprzednim razem niezbyt przypadła mi do gustu, ale teraz sprawdziła się bardzo dobrze. Yamazaki-sensei ma jeszcze przed sobą trochę pracy, ale jest coraz lepiej i coraz bardziej obiecująco. Tom składa się z pięciu rozdziałów i konstrukcyjnie podzielony jest niemalże identycznie jak poprzedni. Pierwsze dwa rozdziały są bezpośrednią kontynuacją poprzedniego tomu. Czy to koniec kociego wątku – trudno powiedzieć, ale uważam, że autorka ten etap historii zakończyła całkiem zgrabnie, nie mam też większych zarzutów do strony graficznej. Jest też trochę humoru, a rozmowa kotów o szacunku do Eliasa jest zdecydowanie jedną z najzabawniejszych scen. Uczepić się jednak uczepię, bo niejasność losów Jej Wysokość Molly troszkę mnie zirytowała. Cała historia jest poruszająca, jednak Yamazaki zagrała tu dość mocną, choć bardzo klasyczną kartą – i nie dość, że nie wykorzystała jej w pełni, to jeszcze zepsuła klimat. Bo skoro wprowadzamy już wątek ofiary i poświęcenia – poprowadźmy już go do końca. Podobno czytelnicy najbardziej lubią postaci, nad którymi autorzy się najbardziej znęcają – a tu widzieliśmy, jak Yamazaki-sensei wzięła zamach na potężnego kopa i koniec końców ledwo dotknęła celu czubkiem buta. To takie smutne…

Przeskok do rozdziału trzeciego, pełniącego rolę jakby wstawki – Elias i Chise po zakończeniu drugiej misji znowu są w domu – jest bardzo płynny. Wyszło to znacznie, znacznie lepiej niż w pierwszym tomie. Smokom zabrakło trochę jaj, ale Królowa wróżek jest moim absolutnym faworytem spośród całej dziesiątki. Wielki cyc Tytanii mnie nie boli, bo wreszcie oddziałuje na niego grawitacja – kilka razy zniknął jej wprawdzie rów między piersiami, a gors sukni był tak mały i nisko ściągnięty, że bamboły powinny jej wierzchem wypaść. Szczególnie, że nie ma żadnych ramiączek, a materiał jest raczej luźny. Chyba, że królowa ma jakąś supermocną, magiczną taśmę/klej, pozwalającą przykleić kieckę do biustu. Nie boli mnie też głupota Oberona, bo jak można nie lubić kogoś o tak pociesznej mordzie, słodkich kopytkach i cudownym porożu? Nie można zapomnieć też o Sprigganie; jest go znacznie mniej niż królewskiej pary, ale trudno odmówić mu charakteru. Trzymam kciuki za powrót tej gromadki – ich naturalność, przewrotność, wieloznaczność, cudowny kontrast (ale i więź) między Tytanią a Oberonem –  to było rozkosznie odświeżające i bardzo klimatyczne.

Część trzecia rozpoczyna ostatnią misję Eliasa i Chise; tom ponownie kończy się cliffhangerem, który wstępnie i ostrożnie uznaję za przywalenie czytelnikowi w łeb arcem. Początek Oblubienicy był dość spokojny i leniwy; autorka zdaje się zdecydowała się teraz dać mocno po gazie i ruszyć z piskiem opon. Możliwe, że akcja szybko się uspokoi, ale trzeba przyznać – drugi cliffhanger jest znacznie mocniejszy od pierwszego i zaczynam się bać o przyszłość moich nerwów.

Bardzo podoba mi się tempo, w jakim autorka wprowadza nowych bohaterów. Każdy rozdział wprowadza dwie-trzy nowe postaci, a wraz z nimi dodatkowe, mniej lub bardziej wyraziste wątki i informacje o świecie. Poprawiła się płynność narracji i przejść pomiędzy rozdziałami; pojawiło się trochę odpowiedzi – choćby odnośnie tego, kim jest Elias i czym są slay vegi – a także całość nabrała jednego, wyrazistego kierunku, który także jest dość klasyczny, ale w zdecydowanie oryginalnej otoczce. Yamazaki jest wyjątkowo obeznana w kulturze zachodu i z powodzeniem europeizuje; póki co nie natknęłam się na typowe dla Japończyków przekręcanie elementów zachodnich i nieświadome przemycanie japońskich. Oblubienica czarnoksiężnika na chwilę obecną – tj. koniec drugiego tomu – jest utrzymana w solidnym, baśniowym, europejskim stylu. Stara dobra Anglia, Sen nocy letniej, islandzkie smoki, folklor i magia. Żadnych japonizmów ani amerykanizmów. Od pierwszych miło odpocząć, drugie wyłażą mi od dawna bokiem.

I wiem, że o tym wspominałam, ale – chcę seksu. Znaczy się, konsumpcji tego „małżeństwa”, które niby zawarte nie zostało, ale… Tak, wiem, Chise ma piętnaście lat, ale różnica wieku między nią i Eliasem jest tak kolosalna, że to zawsze będzie zakrawało na pedofilię. No dobrze, byłoby trochę skandalicznie i nie wiem, czy autorka się odważy, a wydawca jej pozwoli – ale to byłoby coś! Szczególnie, że między nimi aż iskrzy… Na ich sposób. Po dość wstrząsających scenach przemocy w kocim wątku oraz jęzorze głównego bohatera nie powinno być przecież już aż tak strasznie. Prawda?

Ech, pomarzyć zawsze można.

Wydanie polskie

Ten tom tłumaczy pani Paulina Ślusarczyk-Bryła. Czyta się jakby nieco lepiej, chociaż dość konfundująca jest zmiana płci Aerial – w pierwszym tomie była, zdaje się, nią – a teraz jest nim. Nie podoba mi się jednak fakt, że tłumacza zmieniono. To trudna, odpowiedzialna rola; wymaga niemałego talentu i mnóstwa pracy. Czytelnicy mogą marudzić na brak doświadczenia czy dziwne pomysły tłumaczeniowe, ale uważam że kto zaczął, powinien też kończyć. Tak jak jeden cykl powinien pisać jeden autor, ze względu na unikatowość stylu, tak samo powinno być z tłumaczeniem – bo te też są unikatowe. Kto nie wierzy – można się o tym łatwo przekonać, jeśli tylko zacznie się sprawdzać to jedno nazwisko na stronach redakcyjnych. Zresztą – czy jest jakiś fan mangi w Polsce, który nie słyszał nazwiska Paweł Dybała? A jak ktoś nie docenia kunsztu Piotra W. Cholewy w jego pracy nad polskimi wydaniami Świata Dysku, temu młotkiem po główce, aż się wszystko uleży jak należy.

Kupić?

Forsa jest? A miejsce na półce? A nie, miejsce zawsze się znajdzie (skoro wejdzie mang, to n+1 też wejdzie…) Nie mówię, że powinniście się zadłużać, ale moim zdaniem warto się szarpnąć. Ja się szarpnęłam, choć z miejscem krucho, na jedzenie mnie nie stać (ale to kwestia nadmiaru burżujskich sklepów w pobliżu przy remoncie Biedronki), a kupiłam. I to mimo tego, że Lisowa też kupiła. W jednym pokoju przebywają cztery tomy Oblubienicy i nikt nie narzeka. No, może trochę. Zasada jak się popieści to się wszystko zmieści działa tylko do pewnego momentu… A potem robi się koszmarny bałagan.

8/10

Reklamy