Tagi

, , , ,

Jak wszyscy wiedzą – a jeśli nie wiedzą, to właśnie informuję – uwielbiam mangi, ale Tokyo Ghoula kocham nadzwyczajnie. Łatwo wybaczam błędy i potknięcia, a w tym wypadku szczególnie, mimo to – spróbuję nie wystawiać laurki. Doceńcie bohaterstwo, bo najchętniej zaśliniłabym z zachwytu klawiaturę, a tak posilę się na obiektywizm i konstruktywność – choć będzie też sporo komentarzy do całej serii.

Tokyo Ghoul – 1/14

Moja przygoda z Tokio Żulem (i tyle z moich prób bycia poważną) jest dość wyjątkowa – nigdy nie sfiksowałam na punkcie żadnej mangi tak bardzo. Nie przepadam za czytaniem skanlacji, wkurzam się na tytuły niezakończone, nie udzielam się na forach, nie snuję wraz z innymi fanami teorii spiskowych, nie znoszę jajka z radości nad każdym nowym rozdziałem, nie szaleję z rozpaczy przy braku skanlacji, nie szukam RAWów i rzadko czytam coś więcej niż raz w krótkim okresie czasu. Nigdy nie byłam tak zdewastowana psychicznie końcem mangi i nigdy nie wariowałam ze szczęścia na ogłoszenie sequela. Wszystko powyższe jednakże popełniłam i popełniam nadal – właśnie w przypadku Tokyo Ghoula.

Nie mam zamiaru jednak udowadniać, że jest to opowieść bez wad, problemów i dla każdego. Smutno mi, gdy komuś się nie podoba – ale mi zawsze smutno, gdy ktoś nie podziela moich miłości i pasji. Tokyo Ghoul jest dla mnie historią szczególną, choć sama nie jestem pewna, co takiego aż tak mnie urzekło. I tak po trochu liczę, że może odkryję to dzięki recenzowaniu kolejnych tomów.

Treść

Pierwszy tom jest niezłym wstępem do bardzo dobrej historii – i tym stwierdzeniem mogłabym zamknąć ten temat. Z tego co się orientuję, Tokyo Ghoul był debiutem Suia Ishidy (nie licząc króciutkiej historii, będącej pierwowzorem całości) i to czuć. Z rozdziału na rozdział widać nie tylko jakościową poprawę strony wizualnej, ale także konstrukcji historii oraz budowania dialogów. Fakt, czasem pewne zgrzyty w zdaniach mam ochotę zwalić na tłumacza, a czasem tłumacz mógł trochę zatuszować autorską wtopę, ale nie ma co się okłamywać – to nie jest najlepsze, co ta manga ma nam do przekazania, choć widać już bardzo wyraźnie początki tego, co stanowi zalety tej serii.

Po pierwsze – bohaterowie. Protagonista, Ken Kaneki, może nie budzi na razie szczególnej sympatii, ale autor od samego początku bardzo mocno skupia się na jego psychice. Rozwój tej postaci, konsekwencja, logiczność zmian, a jednocześnie pozostawienie pewnych podstaw charakterologicznych – takie coś widziałam tylko raz, a było to w Juuni Kokki. Bohater zmienia się i rozwija, ale cały czas pozostaje tą samą osobą, co bardzo wyraźnie czuć – i to właśnie sprawia, że tak bardzo można się do niego przywiązać. Czytelnik dostaje dokładny wgląd w psychikę Kanekiego, nie jest jednak nachalnie zalewany jego emocjami. Łatwo się z nim utożsamiać, wczuć się, razem z nim się bać, cierpieć, cieszyć, marzyć, szukać swojego miejsca w świecie. W tym wszystkim nie ma chęci przewrócenia oczami z pomrukiem „no dobra, emoboy, weź już idź i się powieś”. Nawet w pierwszym tomie, gdzie słabo go jeszcze znamy, trudno odmówić jego postępowaniu naturalności – nawet jeśli ma się ochotę dać mu lekkiego kopa w tyłek, żeby się ogarnął. A ogarnia się, ogarnia, i to całkiem sprawnie (co w pierwszym sezonie anime bardzo zepsuto).

Poznajemy też kilka innych osób i każda z nich odciska mocne piętro na historii. Hide to pozornie radosny przygłup, ale mamy okazję przekonać się, że za tą fasadą kryje się coś więcej. Touka jest młoda, gniewna i wkurzona, ale wymyka się jej kilka gestów i słów świadczących o tym, jak bardzo przejmuje się losem innych. Rize to… cóż, Rize, na nią i jej wyczyny przyjdzie jeszcze czas. Nishiki może się niespecjalnie popisał, ale scena z kawą mówi o jego charakterze dużo więcej, niż może się wydawać – a czytając to, gdy dobrze znam już postać, uśmiałam się nieprzyzwoicie. Mocny ślad zostawia też Yoshimura, szef Anteiku – nie wiem jak wy, ale we mnie ten starzec wzbudza respekt i pewien niepokój, choć go lubię. Pojawiło się też sporo twarzy, które na razie niewiele zdają się dla nas znaczyć, ale przecież wrócą – i to jak wrócą…

Warto wspomnieć o inspiracjach Kafką oraz Hessem – słynny cytat o świecie-jajku i wykluwającym się ptaku jest chyba przez Japończyków bardzo lubiany. W pierwszym tomie jest też sporo twórczości stworzonej przez Ishidę pisarki – Sen Takatsuki. To są drobiazgi, takie same jak poukrywane numery Tarota, wielość tajemnic i wątków oraz to, co tak bardzo lubię – powtórzenia. Nie, nie słowne – autor lubi skojarzenia. Analogie, pozornie identyczne sytuacje, ale przydarzające się innym bohaterom w innych okolicznościach, podobieństwa losów i zachowań, czasem gest lub kadr – nigdy jeszcze wracanie do starych rozdziałów i doszukiwanie się takich smaczków, które przecież wpływają mocno na interpretację, nie sprawiało mi takiej przyjemności.

Wykonanie

Na obwolucie pierwszego tomu – wydrukowanej na bardzo dobrym i ładnym jakościowo papierze – mamy Kanekiego. Jest to sprawa o tyle istotna, że fani zdążyli już wyniuchać mnóstwo powiązań w konstrukcji Tokyo Ghoula oraz Tokyo Ghoul:re, będącego jego kontynuacją – i jedną z nich jest sprawa obwolut właśnie. Przyznam, że uwielbiam ten portret Kanekiego. Nieco gorzej ma się sprawa z okładką, która mnie kompletnie nie przekonuje, ale od czego jest obwoluta… Powiedziałabym, że jedna z moich ulubionych, ale zełgałabym, bo prawie wszystkie są moje ulubione.

Kreska jest brudna. Trochę jeszcze naiwna, trochę zbyt bezpieczna, ale mamy już trochę fajnych rzeczy i eksperymentów autora. Uwielbiam sposób przedstawiania emocji – twarze są ekspresyjne, sposób przedstawiania emocji wręcz naturalistyczny (tylko gwiazdy Bollywood potrafią płakać i nadal ładnie wyglądać), autor nie boi się krwi, łez, potu i śliny. Jest w tym trochę makabry i koszmaru, ale to w końcu historia o ghulach. A ghule to nie wampirki, co dwie dziurki na dziewiczej szyi zrobią i po sprawie – ghule żywią się ludzkim mięsem, i póki co – jest to mięso surowe. Świeże, krwiste, niejednokrotnie jeszcze ciepłe. Chyba nie spodziewacie się historii pełnej kwiatków i pluszowych jednorożców?

Lubię pomysły Ishidy, ale jest tutaj jeszcze ich dość mało. Czasem wpadnie naprawdę fajny kadr, jest trochę zniekształceń i pomazania, ale to jeszcze nie to. Część rysunków sprawia wrażenie niewykończonych, co też bardzo lubię, ale widać jeszcze pewien brak wprawy i niepewność. Autorzy (a właściwie ludzie kultury ogólnie) powinni szukać własnej drogi, najbardziej odpowiadających im środków wyrazu i inszych – i dobrze, że Ishida szukał. Po prostu troszkę widać, że na tym etapie to nie było jeszcze to, choć blisko. Ale to tylko ja się czepiam.

Strona wizualna ma jedną jedyną wadę – i są nią cycki. Nie ma jednak nic odkrywczego w tym stwierdzeniu, to problem większości znanych mi mang. Bruczkowski napisał kiedyś coś w rodzaju „Chinki wyglądają jak Japonki, tylko że z cyckami” i powoli zaczynam wierzyć, że obywatele Kraju Kwitnącej Wiśni nie mają pojęcia jak wygląda duży, naturalny biust, a mają na tym tle jakieś koszmarne kompleksy.  Touka na szczęście jest drobnej (typowo „japońskiej”) budowy, ale Rize i kelnerki z Big Girl mają chyba bluzki wypchane grejfrutami, bo staników też raczej nie noszą. Tak w ogóle, mangi rysowane przez kobiety – jak choćby Oblubienica czarnoksiężnika i Ao no Exorcist – też mają ten problem. O tym, że Shura nosi za małe staniki, a Japończycy nie ogarniają grawitacji – innym razem.

Wydanie polskie

Wielka szkoda, że Waneko nie pokusiło się o powiększony format. W pierwszym tomie może jeszcze tego tak nie widać, ale Ishida nie tylko tworzy bardzo ładne kompozycje, ale też przywiązuje dużą wagę do szczegółów. Większość czytelników może nie zwraca na to uwagi, ale autor zostawia mnóstwo drobnych wskazówek na temat przyszłych wydarzeń oraz interpretacji obecnych. W całej serii przewijają się ukryte numery kart Tarota, których z zapałem doszukują się fani; a misterność i kunszt, z jakimi konstruuje historię (szczególnie później; sequel to majstersztyk pod tym względem) są wręcz niesamowite.

Tłumaczy pani Joanna Kochanowska. Nie do końca wiem, jak jej tłumaczenie ocenić. Bardzo ładnie oddała niewyparzoną mordę Nishikiego i nie próbowała wyszorować mu gęby mydłem; jest trochę zdań, które można było sformułować lepiej, ale to równie dobrze może być sprawka autora. No i jest jeszcze sprawa decyzji Waneko o nietłumaczeniu słowa „kagune” (i mam nadzieję, że wydawnictwo zachowa konsekwencję – skoro nie tłumaczą neologizmów, to niech nie tłumaczą, bez wybiórczości)… Pisałam o tym już jakiś czas temu tutaj oraz tutaj, ale powtórzę raz jeszcze – nie jestem pewna, czy to rzeczywiście było najlepsze rozwiązanie. Serio.

Papier jest ładny, promocja – również. Do przedpłaty pierwszego tomu dołączona była zakładka, do trzeciego ma dojść podstawka pod kubek. Lubię takie prezenty od wydawnictwa; Waneko specjalizuje się w zakładkach, JPF ma trochę więcej pomysłów, ale to zawsze fajna zachęta do zamówienia przedpłaty. Wydawnictwo zorganizowało także konkurs z okazji premiery pierwszego tomu TG – trzeba było napisać bodajże jednozdaniowy horror czy coś w tym guście. Chciałam wrzucić linka z wynikami, bo ludzie mieli całkiem fajne pomysły, ale „nie można wyświetlić strony” i inne takie. Pfff.

Zdechłam ze szczęścia

Nie zrozumcie mnie jednak źle – pierwszy tom to bardzo dobry kawał mangowej roboty, nie jest to jednak szczyt możliwości autora. Ba! Śmiem twierdzić, że dalej jest już tylko lepiej. W sumie – zwyczajnie się czepiam, bo skoro obiektywna być nie umiem, próbuję być upierdliwa. Mea culpa.

Pierwszy tom Tokyo Ghoula zasługuje pewnie na mocne 8/10. Są pewnie osoby, które dałyby 7/10… Moje czarne serduszko ma ochotę wlepić rzecz jasna 10/10 (i taką właśnie ocenę dam bezczelnie na lubimyczytać.pl). W skali porównawczej z resztą historii – chyba 6/10, choć pisząc to, mam ochotę popełnić seppuku. Nie powinno się mówić tak brzydko o czymś, co się tak uwielbia.

Czy kupić? Wrzasnęłabym kupić, ale to byłoby trochę nie fair. Są pewne rzeczy, które mogą być bardzo dobre, świetne, wspaniałe, wybitne – ale nie wszystkim muszą się podobać. Tak po prostu. W TG jest sporo humoru, ale więcej przemocy i angstu. Manga – wydawana przez magazyn seinin, czyli dla młodych mężczyzn – nie bez powodu oznaczona jest jako od lat 16. Nie czuć jeszcze tego wyraźnie, ale mamy tu sporo dylematów natury moralnej, brak podziału na dobrych i złych, a do tego dość specyficzny klimat – no i ghule, które wyglądają jak ludzie i ludźmi się żywią.

Próbowałam kiedyś plażować w ciepłych krajach z Archipelagiem GUŁag. Fakt, że Sołżenicyn to wybitnie ciężki kaliber, któremu nie dorówna (prawdopodobnie) żadna manga, ale sami wiecie – na niektóre rzeczy trzeba mieć nastrój. Znam sporo osób, które twierdzą, że życie jest wystarczająco ciężkie, by dodatkowo się zadręczać – i czytują tylko lekkie powieści, a oglądają wyłącznie komedie. Są też tacy, którzy uwielbiają filmy akcji i nudzą się na wszystkim, co nie jest Avengersami.

Uważam, że to świetna pozycja – kocham i polecam – ale nikomu na siłę nie wciskam. Chociaż mam straszliwą ochotę.

Reklamy