Tagi

, , , , , ,

Nadszedł ten okres w życiu każdego studenta, gdy należy ścisnąć poślady i przysiąść się porządnie do roboty – więc, jak to w takich przypadkach bywa, przysiadłam się. Tylko nie do tego co trzeba. Ponieważ jednak naopierdalałam się już do nieprzyzwoitości, a uczyć nie chce mi się bardziej niż zazwyczaj… Wombat pomądrzy się dziś nad kolejnym tytułem, który chciał kupić w ciemno, ale mu nie wyszło, bo Lisowa zwinęła ostatni egzemplarz ze sklepu.

Oblubienica czarnoksiężnika – 1/?

Nie byłabym sobą, gdybym nie pomarudziła, więc niniejszym marudzę – co to za nowa moda, że polskie wydawnictwa tak chętnie rzucają się na naprawdę świeże tytuły? Mahou Tsukai no Yome autorstwa Kore Yamazaki jest miesięcznikiem, tzn. autorka publikuje jeden rozdział miesięcznie w magazynie, a gdy treść osiąga satysfakcjonującą wydawcę objętość, rozdziały zbierane są i wydawane w tomikach tankōbon. W Japonii opublikowano do tej pory trzy takie tomiki, w Polsce – dwa, z czego trzeci pojawi się za dwa miesiące. W tym samym czasie w Japonii powinien pojawić się tom czwarty, ale… Częstotliwość wydawania miesięczników w tankōbonach w Japonii wynosi cztery do sześciu miesięcy, a i to pod warunkiem, że autor się nie opierdziela. Może wydawnictwa mają marzenia by być na bieżąco z Japończykami? Nie wiem jak wy, ale ja nie lubię takich długich przerw w lekturze. Autorzy uwielbiają motać, plątać, szokować i wymyślać kolejne cliffhangery, a ja nie znoszę czegoś nie pamiętać, co kończy się czytaniem po raz enty tej samej serii.

Chociaż i tak najbardziej mnie bawi, że to niby shōnen jest… Z której niby strony, oprócz tego, że taki jest profil magazynu, hę?

Pierwsze wrażenie

Czy jest na sali ktoś, kto nie uważa obwoluty (przód wyżej) za intrygującą? Może nawet niepokojącą? Oto patrzmy: obraz tworzy wiele elementów, ale trzy rzucają się szczególnie w oczy. Oto dziewczę, włos czerwony, strój w stylu japońskiego mundurka, z górą jeszcze czerwieńszą. Spogląda na czytelnika jakby nieco niepewnie, takaż też poza, rąsia i nózia z tyłu, pełna wahania. Naprzeciwko niej – stwór dziwny jakiś. Togopodobna szata podbita czerwienią, na eleganckim stroju dżentelmena, ale zamiast głowy łeb dziwny jakiś – rogata czaszka, jakby trochę koźla, ale też jakby z kłem, w pustym oczodole światło, pysk skierowany na dziewczę, ale trudno powiedzieć na co patrzy; jego siedząca sylwetka zdaje się być większa niż stojąca bohaterka… No i pod spodem napis: „Oblubienica czarnoksiężnika”. A więc on czarnoksiężnik, a ona jego żona? Oooż, grubo! Aż człowiek myśli o ratowaniu bohaterki z łap potwora-zboczeńca…

Nie można jednak zaprzeczyć, że jest to bardzo ładna obwoluta, ze świetną kompozycją i znakomicie rozłożoną kolorystyką. Obwoluty mang zazwyczaj złożone są z dwóch planów – obrazu oraz tła, niepowiązanych bezpośrednio ze sobą. Czasem jest to kadr, czasem sylwetka bohatera, tutaj jednak mamy coś nieco innego – wieloplanową scenę, czyli sam kadr, zajmujący obie strony obwoluty. Nie powiem, że mi się ten zabieg nie podoba, szczególnie że kolejne tomy zapowiadają się na utrzymane w podobnej kolorystyce, z dominującą zielenią i bardzo ładnie rozłożonymi czerwonymi akcentami. Tył jest tylko odrobinę słabszy, ale ze wspaniałą czerwienią maków, na które nie mogę się napatrzeć. Do tego celtyckie drobiazgi – stylizacja czcionki, ramka (choć ta podoba mi się najmniej), numer tomu, wzór na skrzydłach obwoluty (fajnie szerokich, swoją drogą) – no palce lizać.

Pod obwoluta czeka nas okładka, bardzo w stylu Pandora Hearts i troszkę Ao no Exorcist  biało-czerwony komiks oraz plan pomieszczenia, może niespecjalnie zdradzający fabułę, ale kompletnie niezrozumiały przed przeczytaniem mangi.

Treść i wykonanie

Problematyczna w ocenie. Nawet bardzo. Pozwólcie więc, że pozwolę sobie na metaforę.

Wyobraźcie sobie, że jesteście na rewii łyżwiarskiej, pokazie tańca nowoczesnego, cokolwiek. Na scenę wychodzi młody artysta i zaczyna występ. Bardzo szybko orientujecie się, że to ktoś wybitny, z olbrzymim potencjałem; wiecie, że sam wszystko opracował, dobrał muzykę, zaplanował układ i że ma możliwości, by widzom odebrało dech w piersiach… Ale czasem się potknie. Nieznacznie, ale tu pomyłka, tu spóźnienie, a tu pogubił kroki. Może ani razu nie wylądował na tyłku, może nie trzeba dzwonić po karetkę, ale macie mieszane uczucia. Bo z jednej strony – trochę zmarnowany potencjał pomysłu, powinno być dużo lepiej, ale z drugiej – cholera, nie spodziewaliście się czegoś takiego. Niezadowolenie z powodu wyraźnych niedociągnięć plus niesamowicie pozytywne zaskoczenie.

A ja mam jeszcze się wypowiedzieć i nie spoilerować na każdym kroku… Aż mnie coś pobolewa na samą myśl. Dlatego ostrzegam – poniżej pewne informacje będą, bo muszą być. Staram się pisać na tyle ogólnikowo na ile się da, ale jeśli ktoś cierpi na spoilerową histerię (jak mi się to często zdarza – sam tytuł tej mangi to spoiler!) to niech nie zagląda.

Co dobre…

Pierwszy tom Oblubienicy czarnoksiężnika zawiera pięć rozdziałów i jednostronicowy dodatek z komentarzami autorki. Historię można podzielić na trzy części – dwa pierwsze rozdziały tworzą wstęp, później rozpoczyna się story arc, który teoretycznie zapowiada się na trójwątkowy – główna para dostaje zlecenie zajęcia się trzema sprawami, które nie sprawiają wrażenia powiązanych ze sobą, ale liczę na to, że autorka temu szybko zaradzi. Trzeci rozdział dotyczy wątku smoczego, czwarty i piąty – kociego. Ponieważ tomik kończy się cliffhangerem, następny tom zapewne zacznie się od kotów.

Manga  zaczyna się od aukcji, na której heroina – Chise Hatori – zostaje kupiona za olbrzymią sumę przez podejrzanego typa w rogami i zasłonce na twarzy by mógł uczynić z niej swoją uczennicę. Elias – znajoma czaszkomorda z obwoluty – zabiera ją do swojego domostwa na angielskiej wsi, gdzie wyjaśnia jej (a także czytelnikowi) to i owo odnośnie konstrukcji świata, jednak nasz czarnoksiężnik to typ enigmatyczny i słabo ogarnięty społecznie, więc każda odpowiedź wywołuje u nas potok pytań. Super! Dokładnie tak powinno się to robić! Żadnej nachalności, ostrożne dawkowanie informacji, trochę magii, urokliwości i retrospekcji z przeszłości głównej bohaterki, ale bez żadnych przedłużań. Do tego bardzo klimatyczna pierwsza przygoda Chise. Cudownie.

Drugi rozdział, będący bezpośrednią kontynuacją poprzedniego, jest równie dobry – wprowadza nowe, istotne postaci oraz – ponownie – odpowiednią dawkę informacji o świecie oraz retrospekcji. Jesteśmy na półmetku, wiemy już wystarczająco by czuć zaciekawienie, ale nie zagubienie – i tylko tyle. Konstrukcja świata została zarysowana, kolejne historie pokazują jej elementy bardziej szczegółowo, ale bez przesady i zawsze z pewnymi niedomówieniami.

Wizualnie jest ładnie. Autorka ma wprawę w kadrowaniu i konstruowaniu scen. Sporą uwagę przykłada do tła, które jest istotne w budowaniu klimatu, a nie tylko jakimiś bazgrołami do zapełnienia pustki na papierze. Akcja dzieje się w Anglii, mamy sporo istot nadprzyrodzonych i magii. Pierwsze dwa rozdziały uważam za znakomite wizualnie. Trzeci odrobinę pobolewa – ta część prosi się o więcej szczegółów i szczyptę monumentalizmu. Czwarty i piąty są dobre, ale także trochę jakby odrobinę niedopracowane – a skażenie autorka mogła zaprojektować lepiej. Trzeba jednak przyznać, że klimat tego tomu jest doskonały. No wiecie – Anglia, magia, istoty nadprzyrodzone, świat niby jak nasz, ale nie do końca, no i ten łeb Eliasa… Ekstra.

Bardzo lubię też humor Oblubienicy. Najczęściej jego źródłem jest otoczenie Eliasa, chociaż on sam też wielokrotnie daje czytelnikowi powód do uśmiechu. Trochę poważniejsza jest Chise, ale jej zdroworozsądkowość przypomina nieco Haruhi z Ourana. Elias wprawdzie ma tylko jedną wspólną cechę z Tamakim, ale to właśnie to – obaj potrzebują obok siebie takiej Haruhi, która czasem da się wciągnąć w ich wariactwa, a czasem popuka się w czoło.

Bohaterowie sprawiają się dobrze. Elias jest trochę podejrzany, trochę dziwny, trochę creepy, ale w sumie sympatyczny. Niewiele o nim wiadomo i aż drżę ze strachu przed jego przeszłością – żadnych TP (tragic past) i cudowania rodem z Pięknej i Bestii, ładnie proszę. Bardzo ładnie. Chise jest niby dość bierna i zagubiona, ale tego zagubienia specjalnie nie czuć. Jej TP wzbudza współczucie zamiast irytować, bo nie jest nachalne. Ot, pojedyncze kadry z retrospekcjami, chwilowe podłamania, odrobina objawów depresji, ale całość stosunkowo w normie. Postaci poboczne też sobie nieźle radzą – może niespecjalnie rusza mnie Simon, ale Angie jest wspaniała, a Lindel mnie kręci. I co z tego, że jest stary? Elias też jest stary.

No i czy jest ktoś, kto nie zazdrości Eliasowi Selkie?

…a co psuje

Klimat jest świetny, quasi-wiktoriański? No to wrzućmy porównania komputerowe i informatyczne. Mamy wzruszającą opowieść o smokach? Nie dopracujmy ich wizualnie, a w ogóle to rysujmy ich jak najmniej i bez szczegółów. Dymki dialogowe mogą być pozbawione oznaczeń, czyją wypowiedź właściwie zawierają. Postępowanie bohaterów nie zawsze musi mieć sens, ich motywacje mogą wydawać się bezsensowne. Tak, wiem, że nie wszyscy jesteśmy konsekwentni, ale autorka przeczy sama sobie odrobinę zbyt często.

Elias próbujący robić tajemnicę z czegoś, czego ukryć się nie da i o czym wiedzą wszyscy. Sposób, w jaki Chise trafiła na targ niewolników. Postępowanie Lindela. I podstawowa bolączka – bohaterowie, którzy nie zadają podstawowych pytań. Względnie są ślepi i głusi na oczywistości.

Nie jest tego dużo, ale boli i wkurza. Przy pierwszym tomie da się wybaczyć, ale przy następnych już nie bardzo.

Wydanie polskie

Obwoluta, jak wspomniałam, jest. Są też w środku dwie kartki w kolorze – szaleństwo normalnie. Poza tym standard. Papier w porządku, druk też. Krzywizn nie ma, zauważalnych przycięć też nie. Tłumaczy Sara Manasterska. Przejrzałam mangi swoje i Lisowej wydane przez Studio JG i upewniłam się, że pani nie kojarzę – i też nie potrafię ocenić jej pracy. Z jednej strony mamy naprawdę urocze sceny komediowe, ze wspaniałymi wyzwiskami i zabawnymi wypowiedziami, w wielu momentach także bardzo fajnie oddany klimat… Ale zbyt wiele wypowiedzi musiałam przeczytać drugi raz, a przy kilku dalej mam problem, kto to właściwie mówi. Zapewne to częściowo wina autora, ale część zdań dało się napisać jaśniej.

Ale są przypisy. Niespecjalnie dużo, ale są.

Kupić?

To zależy. Oblubienica czarnoksiężnika zapowiada się na bardzo dobrą mangę – albo też mamy bardzo dobry początek mangi raczej średniej. Polecałabym najpierw przeczytać pierwsze dwa tomy, a potem podjąć decyzję – ale tak naprawdę wszystko zależy od funduszy i miejsca na półce. Są tytuły lepsze, ale jeszcze więcej jest gorszych. Ja wiem, że kupię i nie będę żałowała – chyba że autorka rozciągnie to na trzydzieści tomów, ale wierzę, że skończy jednocyfrowo. Nie lubię tasiemców, a tasiemce-miesięczniki to zło nie z tej ziemi. Za dużo przeklętego czekania.

Dlatego też – jeśli masz forsę, miejsce i zastanawiasz się, co kupić – spróbuj. Ale jeśli masz jeszcze do nabycia połowę mangowego sklepu, a zamiast regałów masz w domu pełne kartony, to poczekaj. Metoda na „złap je wszystkie” jest niezdrowa nie tylko dla kieszeni, i mówi to stary nałóg ;D

8/10

Reklamy