Tagi

, , , , , ,

Zupełnie nie planowałam tego zakupu (jak i wielu innych, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia). W końcu Kamisama Hajimemashita autorstwa Julietty Suzuki to kolejny tytuł, który wielokrotnie obijał mi się o uszy, ale jakoś nigdy nie było okazji sięgnąć ani po mangę, ani po anime. Dlatego gdy Studio JG ogłosiło wydanie tego tytułu, potaknęłam z aprobatą i poleciałam wzrokiem dalej, zaraz o fakcie zapominając. Tym większe było moje zdziwienie, gdy wyszłam ze sklepu z tomikiem w torebce…

A potem dostałam zawału, bo sprawdziłam, ile to ma tomów i dotarło do mnie, że zaczęłam kupowanie kolejnego tasiemca – i to ciągle powstającego tasiemca.

Jak zostałam Bóstwem!? – 1/?

Brawa za przetłumaczony tytuł. Nie dosłownie, ale wielokrotnie stwierdzałam już, że tłumaczenie czegokolwiek dosłownie z japońskiego to zadanie dość karkołomne. Najbardziej dumna jestem z tego, że tłumacz nie zainspirował się wydaniem amerykańskim, czyli Kamisama Kiss, co jest trafne, ale litości – tłumaczymy albo nie tłumaczymy, zostawienie japońskiego „kamisama” jest cokolwiek durnym pomysłem.

Rozczula mnie absolutnie ten przesłodki lisek w tytule, ale – czemu „Bóstwem” z dużej litery? To nie jest nazwa własna… Szczególnie, że mowa o japońskich kami, których jest na pęczki. Co do pisania wykrzyknika przed znakiem zapytania też mam wątpliwości – to maniera japońska, w Polsce raczej piszemy odwrotnie – i niezbyt mi ten zapis odpowiada, ale powiedzmy, że tu już się odrobinę czepiam.

Treść

Pierwszy tom składa się z sześciu rozdziałów utrzymanych w duchu komedii shoujo – i w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, bo z początku nie zanosi się, by historia miała rozrosnąć się w tasiemca. Początki budzą pewne skojarzenia z Inuyashą, choć bez shounenowego zacięcia, a to dobry znak – choć niezawodne Internety zdążyły mi zaspoilerować to i owo, z czego to owo niezbyt przypadło mi do gustu, ale na razie jest całkiem przyjemnie.

Główna bohaterka – Nanami Momozono – traci dach nad głową, gdy jej ojciec-hazardzista ucieka przed wierzycielami, a komornik puka do drzwi z nakazem natychmiastowej eksmisji. Na szczęście zaraz pierwszego dnia spotyka pewnego mężczyznę w psich tarapatach, a w podzięce za ratunek – który specjalnie brawurowy nie był – nieznajomy oddaje jej swój dom. Dom okazuje się świątynią, mężczyzna bóstwem opiekuńczym, a bohaterka rozpoczyna swoją przygodę jego następczyni… Co oznacza sprzątanie, pielenie oraz radzenie sobie z pozostałymi mieszkańcami świątyni – dwoma niezbyt inteligentnymi błędnymi ognikami oraz lisim demonem o ślicznej buzi i paskudnym charakterze. Czujecie ten wątek miłosny?

Nanami Momozono to kolejna bohaterka z problemami osobistymi i niezłomnym chartem ducha. Matki nie ma, ojciec to utracjusz, zresztą on też szybko znika – i w ten sposób heroina, pozbawiona rodzicielskich problemów, może wylądować w środku tej części rzeczywistości, o której miała blade pojęcie.

Nie zrozumcie mnie źle – nie mam nic przeciwko różnorakim zabiegom mangaków, gimnastykujących się nad stworzeniem takich warunków środowiskowych, by wrzucić biedną heroinę gdziekolwiek zechcą bez konieczności pisania o odchodzących od zmysłów rodzicach. Przywykłam. Akurat schemat brak matki + ojciec hazardzista spotkałam już w przynajmniej jednej dramie i kilku pomniejszych mangach i zastanawiam się, jak ma się on do japońskiej rzeczywistości. W Japonii hazard jest ogólnie zakazany, mamy pachinko oraz szarą strefę zdominowaną przez yakuzę, z treści mangi nietrudno się też domyślić, że to właśnie od mafii pan Momozono pożycza pieniądze – co jednak dalej autorka z tym fantem zrobi to dość frapująca sprawa. Będzie depresja? Powrót ojca marnotrawnego? Wspomnienia matki? Czy autorka bez reszty oleje ten wątek, skupiając się na romansie i nadnaturalnych przygodach Nanami?

7/10

Wykonanie

Kreska dupy nie urywa. Nie jest zła, ale też nie zachwyca. Chyba najlepiej narysowane są scenki humorystyczne – a jest ich całkiem sporo – uwielbiam japoński sposób deformowania postaci, a humor Suzuki-sensei ma sporo wdzięku. Nie zmienia to jednak faktu, że wizualnie Jak zostałam Bóstwem!? to póki co nic nadzwyczajnego. Duże głowy, duże oczy, trochę dziwne proporcje, raczej delikatne linie z małą ilością teł, rastrów i dodatków. Nic nadzwyczajnego, swój urok jakby ma, ale przeczytałam w swoim życiu tyle shoujo, że zdecydowanie mnie to nie rusza. Ani to wyjątkowe, ani wybitnie ładne, ani odkrywcze – ot, klasyczny przedstawiciel gatunku.

Choć muszę też przyznać, że niektóre pomysły – choćby projekt krainy upiorów, Himemiko, czy kurtyzan – są naprawdę ciekawe. Szkoda, że nie zostały dopieszczone nieco bardziej.

6/10

Wydanie polskie

Jest obwoluta – za co duży plus. Szczególnie, że jest śliczna – spójrzcie wyżej na te ciepłe kolory! Normalnie cud, miód i orzeszki. Bardzo podoba mi się kompozycja, zdobienia na tylnej stronie i skrzydełkach, nawet użyte czcionki. Brakuje trochę mordzi któregoś z bohaterów na grzbiecie tomiku – cholernie się do nich przyzwyczaiłam – ale w sumie to tylko moje marudzenie. Mam bardzo mało mang bez rysunków na grzbietach, a to dość dobry sposób odróżniania kolejnych tomów. Numeracja to trochę za mało, a od zmian kolorystyki można dostać oczopląsu.

Nie podoba mi się okładka. Te zielone paski przypominają bardziej tapetę z Simsów, dodatkowo intensywna kolorystyka gryzie mnie w oczy. Nawet bardzo. Papier jakościowo jest przyzwoity, choć jak na mój gust nieco zbyt szarawy – co w połączeniu z pełnymi szarości obrazami wypada dość mdło i nieciekawie.

Strony podrukowane są równo, chociaż znowu mam wrażenie, że tu i ówdzie ucięło kilka milimetrów. Ale może rzeczywiście się czepiam? Jednak przydałyby się marginesy z zewnętrznej strony, czytelnik miałby jednak pewność, że te przycięcia to autor, a nie drukarka.

Olbrzymia pochwała należy się tłumaczeniu. Jełopy, kanalie, łajzy, patologie, Baby Jagi i bimber – a do tego ten cudowny, staroświecki styl wypowiedzi błędnych ogników, tak wspaniale kontrastujący z kłótniami Nanami i Tomoe… Przy „składamy poranny hołd czcigodnej Nanami” prawie spadłam z krzesła. No i są przypisy! Tłumacz tłumaczy wszystko co się da, ale informuje też czytelnika, co pojawiło się w tym miejscu w oryginale – no po prostu ideał! Dlaczego to tak rzadka praktyka? Nawet pan Dybała ostatnio odrobinę opuścił się w notkach…

8/10 – wielki plus za tłumaczenie, mały minus za papier.

Kupić, nie kupić?

No dobra – ja zakupy nie żałuję, bo w ogóle rzadko mi się to zdarza, ale… Cóż, gdybym wiedziała, że Jak zostałam Bóstwem!? ma już dwadzieścia tomów, a to jeszcze nie koniec tej historii, chyba bym się powstrzymała. Lubię mangi krótkie, zwięzłe i na temat, a rozwlekana fabuła doprowadza mnie do szału, więc jestem raczej wrogo nastawiona do tasiemców. Póki co mam wrażenie, że historia ma potencjał na 6-10 tomów… Chyba, że się grubo mylę i autorce uda się wykrzesać z tego coś na miarę FullMetal Alchemist. 

Ale bez jaj – jak za te dwadzieścia tomów główna para będzie bawiła się w kocha-nie kocha to chyba nie zdzierżę. Dlatego trzymam kciuki, żeby Jak zostałam Bóstwem!? pozostało radosną komedią, bez dziwacznych dylematów miłosnych rodem z Fushigi Yuugi.

7/10

Reklamy