Tagi

, , , , ,

Dawno, dawno temu był sobie Wombat, który bardzo pasjonował się kulturą Dalekiego Wschodu, ale miał do niej bardzo kiepski dostęp. Jednak już wówczas istniały Internety, nagrywarki i kultura piracenia…

Internety wprawdzie się trochę wlokły, torrent miał permanentnego focha, a człowiek błądził w tym wszystkim jak we mgle. Z tego powodu udało mi się w wieku zaiste smarkatym obejrzeć Mushishi w wersji live action, choć o mandze i anime pojęcia długo nie miałam. Co więcej – na płycie był jeszcze film czy dwa, więc pokrążyła trochę po moich znajomych. Aktorskie Mushishi było mocno średnie, znajomi i ich znajomi przyjęli to dzieło z uprzejmym WTF, a mnie od samego początku zachwycił klimat historii. Bardzo szybko nauczyłam się przymykać oczy na wady, jeśli zalety wystarczająco mnie urzekły.

A teraz Hanami wydało pierwszy tom mangi i aż nie wiem, co z sobą począć.

Hanami i gekiga

Z lekkim wstydem przyznaję, że to dopiero druga manga wydawnictwa Hanami, na którą się pokusiłam (po bardzo średnim Nawiedzonym domu), a pewna w tym wina wewnętrznego skąpiradła – przeciętna cena mangi to trzydzieści złotych za tom, a widziałam też egzemplarze dwa razy droższe (zapewne wydania łączone). Po przyjrzeniu się Mushishi natychmiast przestałam skąpić, więc się w najbliższym czasie z tym wydawnictwem przeproszę i zacznę nadrabiać braki w kolekcji – choć ostrożniej niż zwykle, bo gekiga to dla mnie nadal coś nowego i słabo znanego. Hanami wydaje mangi gekiga, czyli mangi dla osób dojrzałych. Nie, nie porno. Porno manga to hentai, manga z podtekstami to ecchi. Mniej więcej.

Różnice między mangą „dla dorosłych” a „zwykłą” są zauważalne, choć trudne do jasnego określenia. Nieco inna jest tematyka, podejście, użyte środki, sposób opowiadania historii, bohaterowie i ich relacje. Zresztą – gatunki mang to taka trochę ściema. Mangi publikowane są najpierw w magazynach (najczęściej tygodnikach i miesięcznikach), a każdy z nich ma konkretny „target”, czyli grupę, w którą celuje. Autor ma dużą swobodę, ale redaktorzy i wydawcy dbają, by przygarnięty tytuł wpisywał w ich profil wydawniczy, więc całość trzyma pewien stały kurs. Jednak granice między shoujo a josei (mangi dla dziewczyn i kobiet) oraz shounen a seinen (chłopców i mężczyzn) są bardzo umowne i nagminnie przekraczane, a czytelnicy też nie za bardzo się nimi przejmują – choć panowie jakby bardziej nieśmiało sięgają po komiksy dla pań.

Nazwa Hanami oznacza „oglądanie kwiatów” i dotyczy japońskiego piknikowania pod kwitnącą sakurą (wiśnią), a czasem też ume (morela japońska, zwana też mniej poprawnie śliwą). Firma zajmuje się różnorakimi usługami na linii Polska-Japonia, a wydawnictwo jest tylko częścią ich działalności. Nie skupiają się zresztą tylko na komiksach – Hanami opublikowało też kilka książek o Japonii oraz hanafudę, japońskie karty, które niektórzy mogą kojarzyć z filmów o yakuzie. Jak cała ta działalność wygląda w praktyce pojęcia nie mam, ale sama sytuację uważam za interesującą.

Każdy ma swoje zboczenia zawodowe, nawet jeśli się ich wypiera, nie chce i nie ma pojęcia, skąd się wzięły. Mnie Frydzia właśnie paskudnie przyłapała na moich, trochę korposzczurzych.

Jak wspomniałam, gatunki mang to w praktyce żadne gatunki, tylko target wydawnictw, które mangi publikują. Ot, taka szufladka, żeby ludziom łatwiej się żyło, bo z szufladkami zawsze wygodniej. W końcu „lubię shouneny” to tylko dwa słowa, a bardzo wiele o preferencjach czytelniczych mówią. Inna sprawa, że shounenami są bardzo różniące się od siebie tytuły – Atak Tytanów, Bleach, Soul Eater, Noragami, Kuroko no Basket, Neon Genesis Evangelion, Fullmetal Alchemist, Ao no Exorcist, Naruto, Dragon Ball, Pandora Hearts – i długo by wymieniać. Ba! Mangi Kaoru Mori – Opowieść panny młodej i Emma to seineny! Właśnie spadłam z krzesła, a szczęka poturlała mi się gdzieś za biurko.

W Polsce mamy kilka wydawnictw mangowych. Ich działalność na gruncie biznesowym szalenie mnie interesuje. Największe i najstarsze to JPF (Japonica Polonica Fantastica) i Waneko, oraz nieco młodsze i mniejsze Studio JG. Znam jeszcze mniejszych graczy – Ringo Ame, Taiga, Yumegari i Kotori. Do tego Hanami, oczywiście. Kiedyś mangi wydawał też Egmont, ale lepiej spuśćmy na to zasłonę milczenia.

Cała zagwozdka w tym, że nasze wydawnictwa niezbyt starają się specjalizować – co, jak pisałam wyżej, uprawiają intensywnie Japończycy. Zdaje się, że na razie najlepiej idzie to Kotori, a w obrębie Studia JG powstało ostatnio Osiem Macek, które ma zająć się mangami z nieco większą ilością erotyki i golizny.

Nie znam się na teorii i historii komiksu, a swoje poglądy na temat gatunków mangi wyłożyłam nieco wyżej. Etykiety i uogólnienia są po to, żeby ułatwiać życie; to takie skróty myślowe. Szał katalogowania to nie moja bajka. Jednak w marketingu takie stereotypy i szufladki przydają się bardzo. W końcu „wydajemy shouneny” brzmi krócej niż „wydajemy mangi, które potencjalnie mają szanse spodobać się dużej ilości osób płci męskiej z przedziału wiekowego 7-15”.

Firma Hanami prowadzi zróżnicowaną działalność, ale robi to w sposób cudownie przejrzysty. Wydaje mi się, że nie wszystko na stronie jest w stu procentach aktualne, ale jest sporo informacji, w tym także referencje oraz informacje o udzielaniu się firmy w mediach różnych. Zarówno na stronie, jak i na artykule na Wikipedii pojawia się hasło „gekiga” jak określenie profilu wydawniczego Hanami w kategorii komiksów.

Owszem, jest to informacja, że Hanami głównie wydaje gekiga, ale nie tylko. Nie jest to ani szuflada, ani bariera, tylko słowo-klucz. Nie wydajemy mangi, wydajemy gekigę. Nie komiks, tylko powieść graficzna. To takie zaklęcie. W końcu wiele osób ma alergię na mangę, nawet jeśli czyta i lubi komiksy zachodnie. Hanami uśmiecha się w ich stronę, podtykając im komiks japoński, który przecież „mangą nie jest”.

Hanami dobiera tytuły pasujące do ich profilu wydawniczego, który jest w znaczący sposób odmienny od działalności innych wydawnictw. Publikuje tytuły, na które może ewentualnie skusiłby się JPF, ale to głębokie morze. Wydaje je inaczej, promuje inaczej, do kogo innego adresuje. Widzę w tym jasne, świadome działanie, bardzo pozytywne zresztą. Hanami znalazło swoją niszę, a chociaż ma jako wydawnictwo jeszcze trochę pracy przed sobą, zboczenie zawodowe każe mi przyklasnąć i kibicować, żeby było jeszcze lepiej.

Mushishi – 1/10

Hanami zdecydowało się na zostawienie oryginalnego tytułu, i nie była to nawet chyba kwestia jego popularności (choć możliwe, że autorka maczała w tym palce). Tłumaczenie, teoretycznie, nie powinno sprawiać większych trudności. Tytuł zapisujemy jako 蟲師 – mushi-shi. Pierwsze kanji oznacza owada, insekta, ale jest bardziej skomplikowanym, starszym i rzadszym wariantem zapisu tego słowa – to jedno z tzw. hyōgai kanji, czyli funkcjonujących poza powszechnym użyciem. Oficjalnym znakiem jest 虫. Drugie kanji jest już mniej problematyczne – to nauczyciel, mistrz, ekspert. Ponieważ jednak „mushi” z mangi Urushibary-sensei nie mają zbyt wiele wspólnego z robalami, a słowo jest krótkie i przyjemnie enigmatycznie, decyzję tłumacza uważam za zrozumiałą. „Mushishi” w mandze wytłumaczone jest jako „badacz mushi”, ale potem tłumacz wraca do japońskiej nazwy. Cóż, niektórzy będą psioczyć, może nawet będą mieli trochę racji. Moim zdaniem była to najlepsza decyzja z możliwych w tym przypadku… Chociaż mnie by chyba korciło, żeby poszukać jakiegoś ładnego archaizmu polskiego. Taki „czerw” na przykład – śliczne słowo. Krótkie. Pasujące. Aż się prosi.

Treść

Pierwszy tom Mushishi to pięć opowiadań, powiązanych ze sobą osobą głównego bohatera. Ginko jest mushishi – zajmuje się badaniem tajemniczych mushi, będących formą przejściową między istotą a rzeczą. W swoich podróżach napotyka różne sytuacje, gdy świat ludzi styka się ze światem mushi. Jest trochę egzorcystą, trochę lekarzem, ale jeśli miałabym powiedzieć, o co Ginko walczy – byłaby to równowaga. Jego celem nie jest pomaganie ludziom kosztem mushi, ale badanie i przywracanie harmonii stworzenia. Jak sam stwierdza – Z racji na pracę, przyjmuję rzeczywistość taką, jaką jest.” 

Ginko jest prawie równie tajemniczy, co obiekt jego badań. Wydaje się spokojny, opanowany i oddany swojej pracy, dobrze żyje z ludźmi, choć trzyma się też trochę na uboczu. Każda z historii coś o nim dopowiada, ale na razie są to strzępki, ledwie przeczucia – ponieważ wiem to i owo, trochę z Internetów, trochę z filmu, widzę pewne sugestie wątków, które zostaną rozwinięte w kolejnych tomach. I bardzo mi się ta subtelność konstruowania historii podoba.

Koncept świata – a jakże! – mnie zachwyca. We wczesnej podstawówce wykazywałam niezdrowe zainteresowanie dinozaurami i wszystkim, co żyło przed i pytanie „jakim cudem narodziło się na naszej planecie życie?” zawsze gdzieś tam we mnie tkwiło. Niby odpowiedź jest prosta (szczególnie dla osób wierzących), ale dalej nie mamy ścisłej definicji „życia” – jest to jedno z tych pojęć, które rozumiemy instynktownie i na które trudno jest odpowiedzieć. Łatwiej chyba powiedzieć, co żywe na pewno nie jest.

Świat z mangi Urushibary-sensei jest trochę bliżej odpowiedzi na to pytanie niż nasz. Mushi to twory najbliższe początkom życia i jednocześnie niesamowicie z nim związane. Ginko opowiada o nich wielokrotnie, na różne sposoby, a jego opowieści są po części naukowe, a po części mistyczne. Co świetnie wpisuje się w klimat mangi.

Taki właśnie jest nastrój pierwszego tomu Mushishi: tajemniczy, enigmatyczny, ulotny, delikatny, sugestywny, mistyczny, nawet trochę poetycki, przemawiający bardziej do duszy niż rozumu. Brzmi patetycznie? Wcale tak nie jest. To piękne, niejednoznaczne opowieści, mające w sobie coś z baśni i podań. Nie ma tu rozbudowanej fabuły, porywających zwrotów akcji czy skomplikowanych portretów psychologicznych. Jest za to niesamowity, pobudzający wyobraźnię klimat, który zostaje w pamięci na długo i do którego można wracać bez końca. Mushishi to jedna z najbardziej magicznych i uwodzicielskich mang jakie czytałam, a do tego – wbrew moim wywodom o gekiga wyżej – jest pozbawiona limitów wiekowych.

Wykonanie

Trudno mi się jednoznacznie wypowiedzieć o stronie wizualnej Mushishi. Niby widziałam lepsze rzeczy. Ładniejsze, ciekawsze, bardziej dopracowane i dopieszczone. Jest jednak jedno określenie, którego nie mogę tej mandze odmówić – adekwatność.

Największą zaletą Mushishi jest nastrój, a grafika doskonale go wspiera i podkreśla. Jest delikatna i ascetyczna, choć nie uboga. Autorka chętnie korzysta z rastrów, mamy też kilka naprawdę cudownych krajobrazów i teł, ale też sporo pustki – bieli, czerni, szarości, ich połączeń. Całość jest czysta, przejrzysta, dzięki czemu nawet małe elementy (choćby miecze na stojaku) łatwo dostrzec. Dziwi trochę niewielka liczba onomatopei – to wręcz pewien szok kulturowy! Szczególnie, że ostatnio czytałam Ourana, gdzie ilość tekstu jest tak przytłaczająca, że prawie wszystko jest drukowane drobnym maczkiem, a czytelnik ślęczy z lupą. Wiem, że to dwie różne pary kaloszy, a Ouran to pewna skrajność, ale w sumie – Mushishi jest dość milczącą mangą. Wiele tu niedopowiedzeń i niedomówień, ale jest to jak najbardziej na miejscu, bo taka jest koncepcja całości.

Wydanie polskie

Wcale nie mam ochoty wypowiadać się na ten temat. Nie dlatego, że jest źle – zwyczajnie nie wiem, jak jest. Trochę czytałam skanlacje, już po lekturze polskiego wydania, ale zdecydowanie odwykłam od tego procederu i szło mi to paskudnie. Innych oficjalnych tłumaczeń nie miałam okazji czytać, anime nie oglądałam, więc odniesienia za bardzo nie mam, a przydałoby się i to bardzo.

Jakość wydania jest zabójczo dobra. Powiększony format, cudownie gruby i rozkoszny w dotyku papier – w moim mniemaniu to idealna faktura – druk równy jak od linijki. Nic nie jest poucinane, nie ma żadnych krzywizn, żadnych zauważalnych problemów z tuszem też nie. Okładka jest bardzo ładna, choć ten kasztanowy prostokąt prosi się o nieco inne potraktowanie. Japońska wersja wygląda wprawdzie podobnie, ale ta rzymska jedynka na naszej okładce jest jakaś taka smętna, nie? Chociaż u nas napis ma znacznie lepszą miejscówkę…

mushishi1jp

W środku – konkretnie to na początku trzeciego rozdziału – mamy też trzy strony w kolorze, i to bardzo ładnym kolorze. Mała rzecz a cieszy.

Mój problem z polskim wydaniem tego tomiku to tłumaczenie. Owszem, tłumacz z klimatem radzi sobie świetnie – mamy ładnie przetłumaczone nazwy mushi, całość czyta się nieźle, brakuje trochę noty, ale porządne noty robi chyba tylko Paweł Dybała z JPFu (mógłby dawać je jeszcze częściej). Jest jednak kilka fragmentów gdzie konstrukcja zdania trochę zgrzyta… I gdzie mam wrażenie, że korekty nie było, a tłumacz drugą ręką robił co innego. Względnie autorka tak zapędziła się w enigmatyczność, że sama pogubiła się w zeznaniach.

Najwyraźniej widać to chyba w opowiadaniu czwartym, czyli „Promieniu powieki”. Pojawia się w nim dwoje dzieci – Sui i Biki. Na samym początku Biki, w roli narratora, informuje, że z powodu choroby Sui ich rodzina zamieszkała w magazynie, podczas gdy z dalszej części rozdziału jasno wynika, że to Sui została tam zamknięta, a jej krewni omijali magazyn szerokim łukiem. Do tego miałam spore problemy z określeniem ich pokrewieństwa (niby mają wspólną matkę, ale Biki o jej ojcu wspomina jakoś tak bezosobowo, Internety nazywają ich kuzynami), poza tym Sui mówi o mężczyźnie ślepym na jedno oko, a Biki o jednookim, co ni cholery nie oznacza tego samego. Co istotne – skanlacje angielskie nie miały z tym problemu. Owszem, motały się w innych miejscach, od koślawości niektórych zdań robiło mi się słabo, ale żadnej z tych nieścisłości nie było. Możliwe, że to zasługa radosnej działalności tłumaczy skanlacyjnych. Nie wiem, nie czuję się na siłach prowadzić śledztwa, ale ktoś tu trochę dał ciała.

Jest jeszcze kilka takich drobiazgów, gdzie coś mi zgrzyta – konstrukcja zdania, sformułowanie, brak jakiejś informacji, która zdaje się, powinna być (przynajmniej znając Japończyków i japoński), drobna nieścisłość – ale z drugiej strony, w innych miejscach jest tak ładnie, że to ta nierówność najbardziej rzuca się w oczy. Co więcej, da się ją wyczuć już przy pierwszym czytaniu, od razu, nie znając historii (za skanlacje i Internety wzięłam się potem). To boli, i to bardzo, szczególnie takiego zboczeńca językowego jak ja.

Ale co tam

Pozachwycałam się, pomarudziłam, więc znów mogę się zachwycać. Wspomniałam o tym, że bardzo łatwo wybaczam wady w obliczu zalet, prawda?

Ogólnie rzecz ujmując – Mushishi zasługuje na 10/10. Historia, klimat, kreska, wykonanie, ach – wszystkie elementy, które na pewno są dziełem Urushibary-sensei to mistrzostwo.

Polskie wydanie także jest śliczne, i to, co na pewno jest zasługą polskiego wydawcy, także zasługuje na 10/10. Jakość papieru, druku, format, wszystko to cud, miód i orzeszki. Takiego ślinotoku nie miałam chyba od czasów Opowieści Panny Młodej.

Pozostaje jednak kwestia problematyczna – czy te nieścisłości i zgrzyty to na pewno tłumacz? Problem jest i to całkiem poważny, szczególnie, że jedyny. Tłumacz jest japonistą, wydawnictwo informowało o co najmniej dwukrotnym czytaniu w ramach redakcji i korekty, poza tym jest sporo naprawdę ładnych zdań… Skanlatorzy się starają i często robią kawał dobrej roboty, ale często też przeciwnie. Trudno mi jednak uwierzyć, że w oryginale były takie byki. Chociaż jest jeszcze opcja, że to ja jestem głąbem i nie rozumiem po polsku… Jednak do tej pory jedyną mangą, która przysparzała mi takie problemy, było X CLAMPów.

Chciałabym jednak zauważyć, że zarówno tłumaczenia z japońskiego na polski, jak i wydawanie mang, to nadal dość nowa rzecz w naszym kraju. Mamy już za sobą czasy pionierskie, gdzie działy się cuda różnorakie, łącznie z paskudnymi ortografami, ale dalej nasi tłumacze się uczą. A w tej robocie można tylko i wyłącznie uczyć się na błędach.

Podsumowując – Mushishi to pozycja obowiązkowa. Kto jeszcze nie ma, marsz do sklepu po swój egzemplarz. A na pewno już nie zasłaniać się moją recenzją. Fabuła jest genialna, kreska świetna, a polskie wydanie tak śliczne, że zaśliniłam już całą okładkę. Nieźle radzi sobie z wilgocią*, choć nie polecam sprawdzania tego samodzielnie.


*Po doświadczeniach z zalaniem kilku tomów Ao no Exorcist zaczęłam przeprowadzać bardzo ostrożne eksperymenty na nowych nabytkach.  Hanami naprawdę zrobiło porządną robotę. Kawy może by nie przeżyło zbyt dobrze, ale właściciele małych dzieci nie powinni się obawiać, że pierwszy kontakt z paszczą ich pociech skończy się dla tomiku jakoś wyjątkowo źle.

Reklamy