Tagi

, , ,

Moje nowe, jakże grzeszne i wstydliwe hobby – czyli tekst o tym, czym są japońskie randkowce dla dziewcząt i jak wpadłam w ich sidła.

Hiiro no Kakera dorobiło się dwóch sezonów anime.

Podobnoż pierwszą grą otome było Angelique z 1994 roku, zrobione przez zespół składający się wyłącznie z kobiet. Chociaż gra adresowana była do dziewczynek, zdobyła niespodziewaną popularność także wśród starszych nastolatek oraz kobiet po dwudziestce.

Słowo „otome” oznacza dziewczynę, panienkę. Słowo to znakomicie oddaje istotę tych gier. W grach otome kierujemy bohaterką, która jest tak kobieca i dziewczęca, że realizm nie tyle bierze sobie wolne, co dla własnego bezpieczeństwa unika tych rejonów. Nie oznacza to, że bohaterki zawsze są takie same – niektóre władają nieźle bronią, inne są całkiem charakterne, ale oprócz tego kipią estrogenem.

Są więc delikatne, wrażliwe, romantyczne, oddane, szlachetne, gotowe do poświęceń w imię miłości i obowiązku, piękne i skromne, nagminnie nieświadome własnego powodzenia, etc. etc. Mniej lub bardziej egzaltowane. Bardzo emocjonalne, ale nigdy w sposób negatywny – swojego ukochanego nigdy nie ranią, przyjaciołom nie mówią w złości nic niemiłego i okrutnego, ale jeśli chodzi o rzucanie się z pięściami na Wielkiego Złego – robią to bez namysłu. Głupoty popełnają ze szlachetnych pobudek, serca mają czyste i niewinne, a miłość do Niego stanowi esencję ich istnienia.

Serio, można spełniać wszystkie te warunki i nie być mimozą – choć najczęściej zależy to od decyzji graczki. Ale o tym za chwilę.

Gry otome mają trzy warianty – mogą być powieścią wizualną (visual novel), grą symulacyjną albo – co jest chyba najczęstsze – ich nieślubnym dzieckiem.

Powieść czy gra?

Może kojarzycie powieści lub opowiadania „interaktywne”, gdzie po fragmencie tekstu czytelnik ma za zadanie zdecydować, co zrobił bohater i przejść do odpowiedniego odnośnika na innej stronie. Podobnie wyglądają powieści wizualne, choć mniej w nich kartkowania z oczywistych względów.

Mamy więc historię z nieliniową fabułą i – zazwyczaj – pierwszoosobową narracją. Oczami bohatera bądź bohaterki poznajemy świat i od czasu do czasu podejmujemy za niego ważne decyzje. Zazwyczaj sporo w tym czytania, mniej wybierania – choć klikać trzeba dla przewijania tekstu – ale, w zależności od gry, wyborów możemy mieć sporo lub niewiele. Czasem wybory są całkiem konkretne, ale to dalej zależy  od gry.

Tła są statyczne, dla ważniejszych postaci pojawiają się również statyczne postaci, choć mają po kilka wariantów – zmieniają im się miny, pozy i stroje, ale nie obserwujemy ich w ruchu. Całość najczęściej stylizowana jest na anime, do gry podłożona jest muzyka, a czasem też głos – przynajmniej dla ważniejszych postaci i momentów.

W tym wszystkim pojawiają się takie pojęcia jak sound novel oraz visual novel. Pierwsze jest zarejestrowanym znakiem towarowym i dotyczy gier produkowanych przez Chunsoft, czyli przygodówek w których nastrój konstruowany jest głównie za pomocą dźwięku. Jako sound novel określamy też serię Higurashi no naku koro ni, czyli mój ulubiony horror ze słodkimi dziewczynkami uzbrojonymi w ostre narzędzia.

Visual novel skupiają się bardziej na obrazie. Istnieje też coś takiego jak kinetic novel – to też marka, a konkretnie to gry, w których nie podejmujemy żadnych wyborów, zakończenie jest jedno, a my dążymy do niego przewijając kliknięciami dialogi.

W Japonii wyróżnia się w obrębie powieści wizualnych gry powieściowe i gry przygodowe, ale świat zachodni zwykł ten podział nieco olewać. Generalnie chodzi o to, że w pierwszych mamy więcej czytania, a w drugich więcej robienia. Ot, cała filozofia.

Należy podkreślić, że powieści wizualne nie muszą być randkowcami. Bywają horrorami, pornosami, przygodówkami detektywistycznymi – prawdę mówiąc, wszystkim, czym się da. Najważniejszymi aspektami powieści wizualnej są fabuła oraz interaktywność. Jaka jest to fabuła – zależy od gry. 

Elementy symulacyjne w otome – czyli randkowcach dla dziewczyn – mogą być różne. Przerażająco często chodzi o zarabianie pieniędzy na nowe ciuchy, by olśnić naszego Wybranka albo mieć za co pójść z nim do kina, są jednak wyjątki. W jednej z moich ulubionych gier tylko raz trzeba było podjąć wybór, za którym chłopem latamy – potem należało działać, by doprowadzić do happy endu, ale nie polegał on wcale na romansowaniu, tylko znajdowaniu sojuszników w zbliżającej się wojnie (The Second Reproduction).

Wizualnie często wygląda to tak.

Wizualnie często wygląda to tak.

 Dlaczego gram?

Lubię powieści wizualne. Wiele z nich ma wciągające fabuły, gdzie od wyborów gracza i działań bohaterów naprawdę wiele zależy. Ponieważ jestem typem gracza, który gra w gry dla fabuły, ten typ gry – obok RPGów – jest moim ulubionym. Owszem, w wypadku małej ilości interakcji bądź kiepskiej historii gra może trochę nużyć, ale rzadko mi się to zdarza – przy tych złych zawsze można się nieźle uśmiać.

Ale dlaczego akurat gram w tyle otome? Przeanalizowałam już sprawę i chyba jednak nie jest to kwestia jakiś braków w życiu uczuciowym. Po prostu i zwyczajnie japońskie powieści wizualne nie są w Polsce dostępne. Większość gier tworzonych jest na konsole, których nie posiadam i na razie posiadać nie zamierzam. W Internetach idzie ściągnąć to i owo, część po japońsku, część to fanowskie tłumaczenia. Na Amazonie da się to i owo kupić… Ale to tyle roboty, tyle pieniędzy, a jak się dorwę do kompa, to mam tu co robić.

ALE OD CZEGO JEST TELEFON!

Tak, moi państwo – to wszystko wina aplikacji na Androida. Nie lubię targać ze sobą książek po mieście – moja torba i bez nich jest ciężka, a czytanie w komunikacji miejskiej jest co najmniej niekomfortowe. Ebooki i audiobooki w moim wypadku sprawdzają się tak sobie, bo na lekturze lubię się skupić. A tak mam na telefonie kilka otome z całkiem ciekawymi historiami, ładną grafiką, zabawnymi dialogami i mogę między nimi skakać do woli w momentach, gdy się nudzę i nie nawijam przez telefon. Przyjemna i nieskomplikowana rozrywka na kilka minut, dobra w kiblu, autobusie i na nudnym wykładzie. Czekam na jakiegoś dobrego visuala, który nie będzie otome, ale jakoś się nic nie trafia.

A o tym, w co konkretnie gram, następnym razem.

Reklamy