Tagi

, , , , , ,

Zgodnie z obietnicą – mała lekcja japońskiego na przykładzie Tokyo Ghoula. Spoilerów jako takich nie będzie, ale planuję pouprawiać trochę łopatologicznego tłumaczenia na podstawowych pojęciach z mangi. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Dzisiejszy wpis wynika z innego, który można znaleźć tutaj.


Różnice polsko-japońskie

Do zapisu języka polskiego używamy alfabetu polskiego, złożonego z 32 znaków i opartego na alfabecie łacińskim. Alfabet to jeden ze sposobów zapisu mowy, czyli pisma. Jest kilka definicji alfabetu, ale najogólniej rzecz ujmując: pismo jest alfabetem wtedy, gdy jednej literze odpowiada jedna głoska. Czyli jeden znak = jeden dźwięk. Mniej więcej, bo z podstawówki pamiętamy, że istnieje coś takiego jak dwuznaki, ale chwilowo uznajmy to za wyjątek potwierdzający regułę.

Pismo alfabetyczne jest jednym z typów pisma fonetycznego. O piśmie fonetycznym mówimy wtedy, gdy znaki oddają jedynie dźwięki. Wyróżniamy cztery rodzaje pisma fonetycznego:

  • alfabet, czyli – jak już wspomniałam – jedna litera to jedna głoska (jeden znak to jeden dźwięk), przykładami są alfabet łaciński, cyrylica, głagolica, alfabet grecki;
  • sylabariusz, gdzie znaki reprezentują nie głoski, lecz konkretne sylaby;
  • abdżad, czyli pismo spółgłoskowe, w którym zapisujemy tylko spółgłoski (istnieją też abdżady niepełne, w których samogłoski zapisywane są za pomocą dodatkowych znaków diakrytycznych) – w tej grupie znajdziemy pisma języków semickich, takich jak arabski, hebrajski czy fenicki;
  • abugida, zwana też pismem alfabetyczno-sylabicznym bądź alfabetem sylabicznym – są to pisma, w których jeden znak reprezentuje sylabę złożoną ze spółgłoski i „domyślnej” samogłoski; do zapisu innych samogłosek używa się zazwyczaj znaków diakrytycznych bądź oznacza je na inne sposoby. Większość abugid związana jest z Indiami i pismem brahmi, z którego się wywodzą.

Znak diakrytyczny to taki który po dostawieniu na, pod, obok lub wewnątrz litery zmienia jej dźwięk i tworzy nową literę. W polskim mamy dziewięć liter diakrytycznych – ą, ę, ł, ż, ź, ś, ć, ń i ó.

Phrase_sanskrit

Jedno zdanie, wiele abugid. Ciocia Wikipedia jak zwykle niezawodna.

A teraz przestaję mądrzyć się aż tak bardzo, bo drugiej strony medalu aż tak dobrze nie ogarniam. W każdym razie, mamy pisma logograficzne, czyli takie, w których każdy znak COŚ znaczy. Są znaki ideograficzne i piktograficzne, pierwsze są bardziej umowne, drugie bardziej dosłowne. Mniej więcej.

Język japoński posługuje się pismem złożonym mieszanym. By poprawnie pisać i czytać po japońsku należy poznać zarówno kanji (znaki logograficzne pochodzenia chińskiego) oraz kanę (zbiorcza nazwa dla dwóch japońskich sylabariuszy – hiragany i katakany). Jest jeszcze uwielbiane przez świat zachodni rōmaji, czyli oficjalnie przyklepany sposób zapisywania słów japońskich alfabetem łacińskim, ale z tego nie ma przecież żadnej frajdy. Ogólnie – kanji to te bardziej skomplikowane znaczki, kana – mniej. Katakana jest bardziej kanciasta, hiragana okrąglutka. Mniej więcej.

Kolejnym pojęciem do przyswojenia jest furigana, określana też bardziej przyjaźnie jako ruby (furigana to ruby dla japońskiego, ruby dla chińskiego jest inne). Ponieważ każdy znak kanji można czytać na dwa sposoby – kun’yomi (czytanie rdzennie japońskie) oraz on’yomi (czytanie sinojapońskie) –  a odczytań obu rodzajów każdy znak także ma po kilka, przyjęło się nad znakami zapisywać mniejszą furiganą (czyli kaną) jak należy je czytać w danym przypadku. On’yomi przywędrowało razem z kanji z Chin, ale aktualnie ze współczesnym chińskim mają bardzo mało wspólnego. Oba są potrzebne, choć pozornie wydają się zbędnym utrudnianiem sobie życia. Szczegóły innym razem.

Kanji podobnoż jest 50 tysięcy. Młody Japończyk pod koniec swojej edukacji powinien znać Jōyō kanji, czyli zestaw znaków ustalonych przez rząd jako podstawowy. Jest ich nieco ponad dwa tysiące. Wszystkie znaki spoza tej grupy, jeśli występują w tekście, muszą mieć podaną furiganę. Są jeszcze znaki Jinmei – niecały tysiąc kanji, które mogą występować w zapisie imion i nazwisk. To oczywiście nie koniec tej bajki, ale dalej robi się już naprawdę szalenie. Ogólnie – wszystkie kanji, które nie są ani Jōyō ani Jinmei, to Hyōgaiji – znaki spoza listy, rzadkie, niefunkcjonujące w powszechnym użyciu.

Nie jest rzecz jasna tak, że każde słowo ma dla siebie znak. Często do zapisania jednego słowa potrzebujemy kilku znaków. A więc „wulkan” to „ogień” oraz „góra”, a „książę” – „król” oraz „dziecko”. Generalnie straszna rzecz, te kanji. Dużo kresek, które trzeba pisać w konkretnej kolejności, mało zasad, od których jest mnóstwo wyjątków – zdecydowanie nauka pisma to najtrudniejsza rzecz dla każdego, kto próbuje poznać lepiej ten język.

Czemu Japończycy nie porzucą kanji? Pojęcia nie mam, ale pewnie z tych samych powodów, dla których Polacy stosują h/ch, ż/rz i u/ó. Może mieć to też coś wspólnego z brakiem odstępów między wyrazami oraz mnóstwem homonimów/homofonów*, występującymi w języku japońskim. Poza tym – taki urok tego języka.

*Homonimy to słowa, które mają ten sam zapis i brzmienie, ale inne znaczenie („zamek”). Homofony brzmią tak samo, ale różnią się zapisem („morze” i „może”). Wyrazy japońskie dzięki kanji są homofonami, jednak gdyby zapisywano je tylko kaną, stałyby się homonimami. 

Zresztą, sami pomyślcie – na jakie skomplikowane zabiegi literackie pozwala ten system! Podobnoż japońska poezja pełna jest wieloznaczności. Ponadto rozdzielenie brzmienia wyrazów od ich znaczenia pozwala twórcom – choćby mangakom – na tworzenie rozmaitych konstrukcji, neologizmów i nazw, które mają skomplikowane znaczenia oraz krótkie brzmienia, które wcale nie wydają się kretyńskie.

I z tym całym bałaganem męczy się biedny tłumacz.

Skradzione z vappingo.com. Hiragana na górze, radosne tłumaczenie na dole.

Należy zrozumieć, że w języku polskim nie da się rozdzielić brzmienia słów od ich znaczenia. Tworząc nowe słowa – neologizmy – albo tworzymy losowe słowo, albo – co wydaje się częstszym i ciekawszym zjawiskiem – korzystamy ze słów już istniejących i nam znanych. W ten sposób sprawiamy, że nasz odbiorca mniej lub bardziej jest w stanie wychwycić znaczenie nowego słowa bez zawiłych tłumaczeń.

Ciekawy artykuł o tłumaczeniach neologizmów na podstawie „Mechanicznej pomarańczy”, autorstwa pana Michońskiego, można przeczytać tutaj.

Nie twierdzę, że po japońsku nic nie brzmi głupio. Zapewne brzmi. Jednak język japoński otwiera niesamowite możliwości przy tworzeniu neologizmów. Znaki sygnalizują czytelnikowi, co słowo ma znaczyć, a dzięki różnym odczytaniom da się ukuć zgrabnie brzmiące słowo.

as_setsuna

Setsuna, główny bohater mangi „Angel Sanctuary” oraz jego miecz – Nanatsusaya Mitama no Tsurugi. Kto zgadnie, ile to krzaczków, dostanie order z ziemniaka.

Wracając do Tokyo Ghoula

Spoilerów nie będzie, co najwyżej na obrazkach (nie klikać, nie czytać, proste). Skupiam się na warstwie językowej, użytych znakach oraz ich trafności. Szczegółów na temat świata proponuję szukać w mandze.

W nawiasach przybliżona wymowa polska, bo rōmaji ma własne prawa. Jeśli nie podano nic w nawiasie – znaczy, że zrobiłam to wcześniej albo czytamy dokładnie tak, jak piszemy. Bez żadnych udziwnień.

Dla wszystkich marudnych, że nazw własnych się nie tłumaczy – to nie są nazwy własne, tylko neologizmy. A te się tłumaczy. Nazwy własne są jak imiona – są przypisane do konkretnych jednostek i nie da się ich zdefiniować. Asia jest Asią, bo tak dostała na chrzcie; Azor jest Azorem, bo tak nazwał go właściciel. Wszystkie słowa, o których pisać będę, to nazwy pospolite, choć wymyślone przez autora (mangakę) specjalnie na użytek jego mangi.

Słowo „ghul” pochodzi z arabskiego i zapisujemy je tak:

غول

Natomiast w mandze Tokyo Ghoul zapisywane jest ono w ten sposób:

喰種

Pierwsze kanji to „jeść, pić”, ale należy ono do grupy Jinmei (czyli tych od imion i nazwisk). Drugie to „gatunek, rodzaj”. Czytamy – gūru (guuru), choć przez pewien czas istniała w Internetach wersja z „kushu” (kusiu).

Jednooki ghul (sekigan no gūru) to:

隻眼の喰種

Pierwszy znak to „pojedynczy”, drugi – „oko”. Razem oznaczają „jednooki”. Potem mamy znak z hiragany „no”, będący partykułą, a potem znowu znaki oznaczające ghula.

W świecie TG występuje rodzaj komórek o nazwie Rc cells („red child” cells). Podobnoż pod mikroskopem (czy czymś takim) przypominają czerwone embriony (uwaga – embrion, który zaczyna przypominać bardziej człowieka niż traszkę, to już płód). Istnieją zarówno w ciałach ludzi, jak i ghuli, choć ten drugie mają ich wielokrotnie więcej. Dla ghuli są substancją niezbędną do przetrwania i to z ich powodu żywią się ludźmi.

Rc magazynowane są w narządzie, zwanymi kakuhō (kakuhoo), przypominającym nieco sakwę – względnie żołądek. Kakuhō zapisywane jest tak:

 赫包

Pierwsze kanji należy do grupy Hyōgaiji (poza powszechnym użytkiem) powiązane jest ze światłem; oznacza coś jasnego, błyszczącego, lśniącego, świecącego, migotliwego. Ten znak powtarza się we wszystkich słowach dotyczących ghuli i niżej będę określała go jako „lśnienie”. Drugi znak jest prostszy – to owijać, pakować, pokrywać.

Ghul może spożytkować Rc na różne sposoby. Jednym z nich jest tworzenie kagune – naturalnej broni, którą dysponują ghule. Z kakuhō uwalniane są Rc, które przebijają skórę na plecach i tworzą tzw. „płynne mięśnie”, czyli właśnie kagune.

赫子

Czyli wspomniane już wyżej „lśnienie” oraz „dziecko”. Biorąc pod uwagę, że kagune „rodzi się” z kakuhō, wiele to tłumaczy. No i te red child cells…

Oczy ghuli wyglądają tak samo jak ludzkie, ale pod wpływem Rc (czyli przy jedzeniu, leczeniu, używaniu kagune) białka oczu ghula stają się czarne, a tęczówka – czerwona. Nazywane jest to kakugan:

赫眼

Dla odmiany do „lśnienia” mangaka dodał znak „oko”. Jednooki ghul, czyli półghul, to taki, który ma tylko jedno kakugan – jego drugie oko jest normalne, ludzkie, i nie zmienia koloru.

Kakuhō znajduje się pod skórą pleców, jednak na różnych wysokościach. Każdy ghul ma własne, unikatowe kagune, choć dzieci dziedziczą sporo po rodzicach, jednak w zależności od położenia kakuhō możemy wyróżnić różne typy kagune.

羽赫

Ukaku to „pióro, skrzydło” plus znane nam już „lśnienie”.

甲赫

Kōkaku (kookaku) to „zbroja, skorupa, pancerz” oraz – niespodzianka! – „lśnienie”.

鱗赫

Rinkaku to „łuski” (kanji z grupy Jinmei, czyli tych używanych do zapisu imion) i „lśnienie”.

尾赫

Bikaku to „ogon, kita, koniec” i „lśnienie”.

Trochę tłumaczeń o typach ghuli na skanlacjach:

kagunemanga kagunemanga2

Ghule-kanibale zaczynają jako zwykli przedstawiciele swojego gatunku, ale po pewnym czasie ewoluują w coś innego – mianowicie w kakuja (kakudzia).

赫者

A więc „lśnienie” oraz „osoba, człowiek, ktoś”. Tak, wiem, dziecko to też osoba, ale umówmy się, że normalny ghul przy w pełni rozwiniętym kanibalu (bo należy wspomnieć, że kakują można być częściowo) jest jak dziecko przy dorosłym.

Warto też zwrócić uwagę, że druga strona barykady – biuro zajmujące się zwalczaniem ghuli – także ma swój aparat pojęciowy. Do zapisu tych słów nie są jednak używane kanji, więc tylko je wypiszę: quinque (kuinke), Q bullets, Quinx.

Jak widać, twórca mangi – Sui Ishida – jest konsekwentny. Pojęcia się krótkie, stosunkowo łatwe do wymówienia (w japońskim zbitki spółgłoskowe są rzadsze niż w polskim, a i tak składają się tylko z dwóch spółgłosek), znaki dobrane są symbolicznie, ale trafnie i z pewnym wdziękiem. Nazewnictwo nie jest nachalne, nie mamy żadnych super ataków, skomplikowanych nazw, przyczajonych tygrysów, tańczących żurawi i pijanych salarymanów.

Co rzeką o tłumaczeniach Internety

Skanlacje angielskie trzymają się japońskiego słownictwa – więc kagune, ukaku, kakuja, etc. W przypisach pojawiają się jednak następujące tłumaczenia:

  • gūru – ghoul;
  • sekigan no gūru – one-eyed ghoul;
  • kakuhō – shining wrap;
  • kagune – shining child;
  • kakugan – shining eye;
  • ukaku – shining feather;
  • kōkaku – shining shell;
  • rinkaku – shining scales;
  • bikaku – shining tail;
  • kakuja – shining one.

Viz Media wyda pierwszy tom mangi dopiero w czerwcu 2015. W Stanach prawo do anime wykupiło Funimation, które – z tego co widzę – także pozostało przy japońskim słownictwie. Nie oznacza to jednak, że w przypisach i inszych nie pojawiają się wyjaśnienia, które wypisałam powyżej.

Niemcy mają u siebie i mangę, i anime, ale jakoś ciężko mi dojść, kto wydaje co. Wszystko wskazuje jednak na to, że Niemcy także pozostawiali japońskie słownictwo bez zabawy w tłumaczenia. Przypisy wyglądają tak:

  • guru – ghul;
  • sekigan no gūru – einäugiger Ghul (jednooki ghul);
  • kakuhō – leuchtender Mantel (świecący płaszcz);
  • kagune – leuchtendes Kind (świecące dziecko);
  • kakugan – leuchtendes Auge (świecące oko);
  • ukaku – leuchtende Federn (świecące pióra);
  • kōkaku – leuchtende Hülle (świecąca skorupa/powłoka);
  • rinkaku – leuchtende Schuppen (świecące łuski);
  • bikaku – leuchtender Schweif (świecący ogon/kita);
  • kakuja – nie znalazłam.

Po francusku mangę wydaje Glénat Manga. Streamem zajmuje się Wakanim, dystrybucją DVD i Blue-ray – @Anime. Francuzi chyba najbardziej dali czadu, jeśli chodzi o tłumaczenia. Moja znajomość francuskiego jest zerowa, mangi w rękach nie miałam, ale od czego są Internety i słowniki. W odmianę żadną się nie bawię, bo nie umiem, więc za gramatykę proszę nie krzyczeć – kopiowałam żywcem z Internetów.

  • ghul – goule;
  • sekigan no gūru – les goules écarlates (szkarłatne ghule) lub goule borgne (jednooki ghul);
  • kakuhō – les poches de RC (kieszenie RC);
  • kagune – Kagune [zostawione japońskie słowo pisane z dużej litery];
  • kakugan – Kakugan [zostawione japońskie słowo pisane z dużej litery];
  • ukaku – les Kagune ailées (skrzydlate kagune);
  • kōkaku – les Kagune blindées (pancerne/opancerzone kagune);
  • rinkaku – les Kagune écailleux (łuskowate kagune);
  • bikaku – les Kagune à queue (ogon kagune?);
  • kakuja – les Goules de feu (ogniste ghule) lub Kakuya [pisane z dużej litery, wymowa podobno „kakuja” -> Japończycy piszą kakuja, ale czytają kakudzia].

Próbowałam walczyć z innymi internetami, ale dowiedziałam się tylko, że we Włoszech manga została wydana, a prawa do anime kupione. Wygląda na to, że Hiszpanie i Rosjanie nie dorobili się jeszcze swoich oficjalnych tłumaczeń, choć nieoficjalne także zostają przy słowach japońskich (z czego Rosjanie zapisują je swoim alfabetem – grażdanką).

Polskie tłumaczenie

Szkoda, że Waneko poszło na łatwiznę. Szkoda, że nie mają kogoś pokroju pana Dybały, kto miałby jaja to przetłumaczyć – pewnie jeszcze znajdując jakieś cudne polskie archaizmy czy coś. Może nawet szkoda, że TG nie wydaje JPF. Marzyło mi się wydanie większego formatu, z obwolutą i pięknym tłumaczeniem. Takie, które dupę urwie.

Tłumaczenie Waneko dupy nie urwie, ale będzie dobre. Na pewno nie przełomowe, pewnie dość zachowawcze, ale spodziewamy się ładnego papieru, obwoluty, kilku krzywo wydrukowanych stron, ale to będą tylko drobne przechylenia.

Przy tłumaczeniu JPFu – które o tej serii myślało, ale tempo nie te – może byłaby obwoluta, może nie. Może byłby większy format? Mniej błędów drukarskich chyba też. Na pewno byłyby opóźnienia wydawnicze, przekładanie terminów i inne takie. Pan Dybała – chyba, że jakimś cudem wcisnęliby to innemu tłumaczeniowi – przetłumaczyłby wszystko, co się da. Konsekwentnie. Pewnie też kontrowersyjnie. Albo cieszyłabym się jak głupia z jego pomysłów, albo zgrzytała zębami i przeklinała pod nosem.

Cieszyłam się, gdy Waneko zwinęło Tokyo Ghoula JPFowi sprzed nosa. Ale teraz się już nie cieszę – teraz sama nie wiem. Waneko proponowało, że przetłumaczy „kagune” na „dziecię szkarłatu”. Ludzie w większości zagłosowali na zostawienie japońskiego określenia. Kilka osób uprawiało szalony hejt – na wydawnictwo, że w ogóle pyta, i na ludzi głosujących za japońskim. Nikt nie wymyślił nic lepszego.

I tak będę czytać, i tak będę się głupio cieszyć, bo to jedna z moich ulubionych mang, a do japońskiego słownictwa jestem przyzwyczajona. Ale szkoda, naprawdę. Waneko, które do niedawna było moim ulubionym wydawnictwem, ostatnio zaczęło zbierać sporo minusów – podczas gdy JPF się poprawia.

Cholera, to było trochę trudne, ale nie niemożliwe. A skoro pytali – znaczy, że Japończycy na tłumaczenie się zgodzili. Więc największy problem mieli z głowy.

Pierwszy tom ma premierę 15 kwietnia. Czekam z niecierpliwością, że będzie jednak dużo lepiej niż teraz wróżę.

Reklamy