Tagi

, , , , , ,

Nadszedł ten straszliwy moment, gdy zaczęłam recenzować wszystko i wszystko. A zaczynam z grubej rury. A więc – fanfary! – koszykówka w wydaniu prawdziwie shounenowym.

Koszykówka według Kuroko – tom 1/30

Kuroko-s-Basket-1

No dobra, Kuroko’s Basket. Nie wiem, czemu Waneko zdecydowało się na angielski tytuł, skoro oryginalny – Kuroko no Basuke to „Koszykówka Kuroko”. Z tego co wiem, autor używa innego angielskiego podtytułu, ale może jednak czegoś nie wiem. Niby poszła plota, że Kurosz tłumaczony jest z angielskiego, ale Waneko kiedyś zapewniło, że nawet jak się angielskim wspomaga, to potem konfrontuje to z oryginałem, więc problemu nie widzę.

Okej, są mangi takie jak Bleach, które od początku funkcjonują tylko na angielskim tytule; oraz takie jak Fullmetal Alchemist czy Atak Tytanów, gdzie autor pod japońskimi krzakami nabazgrolił coś po angielsku, ale i tak politykę Waneko uważam za odrobinę dziwną. Szczególnie, że moim zdaniem Koszykówka według Kuroko byłoby znakomitym tytułem. A na pewno nie wyglądałaby tak pretensjonalnie jak ten angielski na okładce.

Zajawka

Liceum Seirin działa dopiero drugi rok, ale na ostatnich zawodach drużynie koszykówki złożonej z samych pierwszoklasistów udało zajść się całkiem wysoko w rankingu. Tegoroczna rekrutacja, prowadzona przez ich trenerkę – Riko Aidę, drugoklasistkę, której znajomości tematu nie można jednak odmówić – przynosi obiecujące rezultaty. Oprócz Taigi Kagamiego, wielkiego i wysportowanego chłopa, który niedawno wrócił ze Stanów, do drużyny dołącza Tetsuya Kuroko, członek legendarnej drużyny z gimnazjum Teikou, zwanej „Pokoleniem Cudów”. Wszystko wskazuje na to, że Kuroko był częścią tej drużyny, najlepszej w historii szkolnej koszykówki w Japonii – więc jakim cudem nikt nie go nie zapamiętał, choć wpisał się na listę?

Pierwsze wrażenie – wizualna strona wydania

Waneko jak zwykle nie żałuje na obwoluty i za to im chwała. Na przodzie mamy więc stylizowany, angielski tytuł, numer tomu wpisany w piłkę koszykową oraz – suprajz, tego chyba jeszcze nie widziałam – tytuł tomu, który w tym wypadku brzmi – tu zdecydowanie mniejszy suprajz – Jestem Kuroko. Na pierwszym planie zezuje na nas Kuroko, za jego plecami widzimy resztę drużyny liceum Seirin wraz z ich diabelsko uśmiechniętą panią trener. Podoba mi się, że czarna bluza Kuroko jest częściowo przezroczysta, więc widać resztę sylwetki Kagamiego, którego kolega z drużyny częściowo przysłania.

Na grzbiecie jest Kurosz. Na tyle obwoluty i skrzydełkach – nic odkrywczego. Opis tomiku z ceną i ISBN oraz notka od autora z autoportretem. Standard.

Okładka pod obwolutą nie jest jej kopią i chwała wydawnictwu za to. Tu jednak straszy angielski podtytuł, który pan Tadatoshi Fujimaki nadał swojemu dziełu osobiście – czyli „The Basketball Which Kuroko Plays.” Dokładnie tak. Z kropką na końcu. Ja wiem, że to Japończyk i nie zrobił tego specjalnie, ale jak widzę tę kropkę, to aż mną telepie w środku.

Okładka jest przyjemna, czarna, z dużym zielonym napisem z angielskim tytułem, jedynką w szaro-białej piłce i zielonym imieniem i nazwiskiem autora. Na grzbiecie to samo, co na grzbiecie obwoluty, tylko czarno białe. Na tylnej okładce – logo Waneko z seksownym kotem.

Papier jest ładny, biały, raczej matowy i gładki, choć bez szaleństw. Grubość papieru jest satysfakcjonująca, choć nie pogniewałabym się za nieco grubszą okładkę. Trochę boli mnie, że jej czerń jest dość marna – kolor ładny, ale odpryskuje i farbuje obwolutę od spodu. Po kilkakrotnym zmolestowaniu, dwukrotnej lekturze i przejażdżce w mojej torbie okładka trochę odstaje, odpryski są, ale właśnie za to kochamy obwoluty – są w końcu po to by je ściągać do czytania. A jak ładnie wyglądają na półce…

7/10

Zawartość tomu

Pierwszy tom składa się z siedmiu rozdziałów, między którymi mamy strony z krótkimi, zabawnymi paskami w formie pokrewnej bloopers. Te „alternatywne zagrania” są moim zdaniem strzałem w dziesiątkę autora – shouneny (mangi dla nastoletnich chłopców) mają tendencje do popadania w niepotrzebny patos i dramatyzm. Takie trochę autoironiczne scenki rozładowują nieco napięcie, budują fajny dystans i doprawiają całość specyficznym humorem.

Przejrzałam swój egzemplarz uważnie wzdłuż i wszerz. Drukarnia jako tako spisała się nieźle – tu i ówdzie miałam wrażenie uciętego fragmentu litery czy znaku, ale nie czuję potrzeby się czepiać. Żadnych krzywizn nie wypatrzyłam. Jest w porządku, choć nie idealnie.

8/10

Strona wizualna mangi

Kreska jest specyficzna, ale zdecydowanie dobra. Kuroko no Basuke przechodzi wprawdzie przemianę typową dla wszystkich znanych mi shounenów – ciekawa, dość urocza kreska migruje w stronę mniej specyficznej, choć niby ładniejszej (ale przez to bardziej nijakiej), a bohaterowie powoli ewoluują w bishounenów. Tutaj jednak bishounenów jeszcze nie ma. Są prawie okrągłe, puste oczy Kurosza, ale reszta ma oczy w kształcie migdałów – czyli kształcie bardziej naturalnym dla ludzkich oczu. Jest to interesująca odmiana, nie tylko po wielgachnych oczach dziewczynek z shoujo (których oczy są wyższe niż szerze), ale także po większości mang, jakie czytałam. Szczególnie, że są to bardzo ładnie wykrojone oczy, bez spłaszczeń.

Tła (w kontekście backgroundów, które coś konkretnego przedstawiają) są gdzie powinny być, ale ponieważ to manga sportowa, większość akcji dzieje się na boisku. Niby szaleństwa z tymi tłami nie ma, ale jak na shounenowego tasiemca jest tego całkiem sporo. Autor umiejętnie wykorzystuje rozmaite mangowe zabiegi dla podkreślenia dynamiki akcji. Manga, jak to manga, drukowana jest w czerni i bieli, ale bardzo ładnie wykorzystano różne odcienie szarości. Najbardziej zachwyca mnie jednak umiejętne użycie perspektywy, kadrowania i pewna asceza, którą wyznaje autor. Zdarzają się twarze bez oczu, oka czy ust; są miejsca, gdzie mangaka z premedytacją czegoś nie wykończył, i wygląda to super. Dwustronicowy kadr z lecącą w stronę czytelnika piłką oraz Kuroko mówiący o sobie jako o cieniu to przykłady świetnego użycia perspektywy.

O ile kreski, podkreślające ruch, są trochę nudne – to w końcu najbardziej podstawowy sposób dodawania dynamiki kadrom – o tyle autor stara się czytelnika nie nudzić. Kreskuje nieco za dużo, ale przy naprawdę szybkich ruchach piłki korzysta ze świetlistych smug dla pokazania jej ruchu, a u ludzi – uwaga – nie waha się narysować trzech nieco niewyraźnych Kagamich w jednym kadrze, co znacznie urozmaica lekturę. Plusami są też różne kształty dymków dialogowych, różne czcionki wypowiedzi i napisów, oraz przyzwoita ilość rozmaicie zapisywanych – choć zawsze spolszczonych – onomatopei. No i jest jeszcze nasze ukochane SD, czyli Super Deformed, a że humoru nie brak… Ale o tym zaraz.

8/10

Treść i bohaterowie

Kuroko’s Basket jest mangą sportową oraz shounenem w pełnym tego słowa znaczeniu. Oznacza to kilka rzeczy. Po pierwsze – dużo koszykówki, w tym całkiem sporo tłumaczenia zasad, choć nie pogniewałabym się, gdyby było tego więcej. Bohaterowie grają mecze, trenują, gadają o meczach, planują strategie, oglądają mecze… Niektóre mecze trwają wiele rozdziałów, a czytelnik może mieć wrażenie, że czas w mandze płynie nieco inaczej, bo ostatnie pięć sekund trwa nieraz dłużej niż dziesięć minut – i zdecydowanie więcej się w tym czasie dzieje. Z drugiej strony uwielbiam to, co się dzieje poza meczami – obóz treningowy, egzaminy, gotowanie Riko i inne cuda – ale szkoda, że nie ma tego trochę więcej.

Mecze przypominają klasyczne, shounenowe bitwy. Jest dużo zwrotów akcji, przeciwnicy nigdy na początku nie demonstrują całego swojego potencjału, tylko odkrywają karty powoli, ale zawsze główny shounen (dosłownie „chłopiec”), wspierany przez resztę drużyny, pokona swoje aktualne nemezis. Ale tu Kuroko’s Basket funduje nam suprajza.

Tytułowy bohater, Tetsuya Kuroko, nie jest typowym bohaterem shounena. Wręcz przeciwnie – to wysoce wyspecjalizowany zawodnik, który w klasycznej koszykówce się nie sprawdza, odnalazł jednak sposób jak grać by prowadzić drużynę do zwycięstwa. Kuroko jest raczej słaby fizycznie i kiepski we wszystkim, co nie jest częścią jego specjalizacji – ale jego umiejętności, charakter, doświadczenie i przekonania się tym, co pcha drużynę naprzód. Nie, nie jest charyzmatycznym kapitanem, a rolę drużynowego „asa” pełni Taiga Kagami, który już pięknie wpisuję się w rolę typowego shounena.

Kuroko jest silny, ale na swój sposób. Jest silny akceptacją samego siebie, silny umiejętnością znajdowania swojej drogi, silny wiarą w swoje przekonania. Według Kuroko nie ma znaczenia, czy jesteś w czymś dobry czy przeciwnie. Nie ma nawet standardowego, typowego dla Japończyków piania nad rolą ciężkiej pracy. Część postaci osiągnęła wiele pracą, inni tylko talentem, ale dla głównego bohatera liczy się tylko jedno – czy kochasz to, co robisz. Owszem, samo to nie wystarczy do osiągnięcia sukcesu (i tu jest trochę więcej shounenowej filozofii), ale nikt nie powinien negować twojego prawa do robienia tego, co kochasz – bez względu na to, jak to robisz.

(Tak, wiem, że są ekstrema, ale mówimy o pewnej normie – i bez szkody dla innych.)

Kuroko i Kagami są równorzędnymi głównymi bohaterami tej mangi, ale sam jej tytuł, nawiązujący do tego pierwszego i jego filozofii gry – jest moim zdaniem bardzo dużym atutem serii. Shounenowa filozofia oberwała czymś nowym, świeżym i niegłupim. Czuję się pod tym względem jak ktoś, komu podano dobrze znaną mu potrawę, ale dodano do niej coś nowego i niespodziewanego. Fantastyczne uczucie.

Mamy też tu trochę postaci drugo- i trzecioplanowych, choć na razie bez szaleństw. Oprócz pierwszego przeciwnika – Ryouty Kise – wyróżniają się Riko, Hyuuga, może odrobinę Kasamatsu i trener Kaijou. Kise jest przeciwnikiem dość nietypowym – trudno go nie lubić. Sympatyczny, dzieciakowaty, z charakterkiem, ale bez tych wszystkich „betterthanyou” i „zgniotę cię, krasnalu”, które zwykle uprawiają shounenowi przeciwnicy. Kise sam przyznaje, że jest najsłabszy z Pokolenia Cudów, do tego uwielbia Kuroko, od którego ciągle… A zresztą, co ja będę spoilerować ;D

Riko to niepozorna pani trener z piekła rodem. Nie ma w niej za grosz kobiecej delikatności, choć wizualnie jest całkiem słodka. Bezpośrednia, zaangażowana, zna się na swojej robocie, a dla swoich zawodników jest trochę jak generał – niby sama nie staje na placu boju, ale to jej rozkazy ustawiają drużynę. Bardzo pomocny jest w tym jej kapitan – Hyuuga – ale w tym tomie nie miał okazji jeszcze pokazać swojego potencjału.

Trener Kaijou na razie nie wzbudza sympatii. Kasamatsu – kapitan Kaijou – na razie nie został nawet nazwany, ale jego komediowe duo z Kise już się rozpoczęło. Nie mogę się doczekać więcej ;D

9/10

Dygresja shounenowa

Shouneny-tasiemce zawsze mają bohaterów, którzy wpisują się w pewien typ. Charakterni, charakterystyczni, z jakiegoś powodu wyjątkowi, z problemami, trochę przygłupi (czasem w nauce, czasem w relacjach międzyludzkich, czasem i to, i to), ale o dobrym sercu i jasnych poglądach. Bohater shounena wie, co jest słuszne; potrzebuje wsparcia przyjaciół, ale to on ratuje świat (lub cokolwiek równie doniosłego). Zwykle też ma mniejszego lub większego zajoba na punkcie chronienia (jap. mamoru) swoich przyjaciół, bliskich, ludzkości, świata, etc. Zwykle też pokonani wrogowie po przegranej stają się mniej lub bardziej jego sojusznikami i ich też bohater musi mamoru (patrz Bleach). Cała manga poświęcona jest temu, jak bohater się rozwija i zdobywa kolejne moce/supermoce, ale upgrade’y te nie wynikają z treningu czy czegoś – tylko czystego serca i silnej potrzeby mamoru.

Nie zrozumcie mnie źle – naprawdę lubię shouneny, jednak jeszcze bardziej lubię w shounenach to, co tego schematu nie spełnia. Stworzenie takiej postaci jak Kuroko było strzałem w dziesiątkę, a połączenie go z kimś takim jak Kagami – najrozsądniejszym wyjściem. Kurosz w końcu został tak skonstruowany, że potrzebuje wsparcia konkretnego typu, i shounenowy Kagami pasuje idealnie. Tych dwóch musi występować w duecie, i doskonale prezentuje to pierwszy tom mangi, gdzie Kuroko kilkakrotnie usadza Kagamiego, którego gorącej głowie przydaje się takie zimne wiadro od czasu do czasu.

Tłumaczenie

Nie mam porównania z oryginałem, skanlacje to skanlacje, a fansuby to fansuby, jednak większych zarzutów nie mam. Jeden tekst Kagamiego po angielsku miał zupełnie inny sens, ale poza tym wszystko się zgadza.

Wielki plus należy się tłumaczom. Spisali się świetnie, po raz kolejny udowadniając, że nasz język jest cudownie ekspresyjny. Mamy odrobinę lekkich wulgaryzmów („kuźwa”, „pieprzyć” i „zajebiście”) i bardzo żywe, naturalne słownictwo, choć niektóre konstrukcje gramatyczne wydawały mi się ociupinkę sztuczne – ale tłumacze Waneko mają tendencje do zachowawczości, więc niespecjalnie mnie to zdziwiło.

Świetnie oddany został styl wypowiedzi Kagamiego – jego bardzo bezpośrednie, emocjonalne wypowiedzi, które pod koniec próbuje nieco ugrzecznić, to jedna z moich ulubionych cech tej postaci. Mamy trochę kreatywnych wyzwisk, naturalny język godny licealistów, trochę angielskiego – część pojęć z koszykówki jest tłumaczona, część nie, podejrzewam, że polska koszykówka po prostu używa angielskiego nazewnictwa (choć trudno mi zrozumieć, dlaczego najpierw zmyłka, a potem misdirection, ale może autor także stosuje wymiennie określenie japońskie i angielskie?)

Warto też wspomnieć – choć już o tym pisałam – że przy okazji tłumaczenia Kurosza w Internetach wybuchnęła awantura po tym, jak wydawnictwo zrobiło ankietę. Poszło o Kise (oraz Murasakibarę) i sposób, w jaki zwraca się do osób, które szanuje. Japońskie „Kurokocchi” i inne cuda, które uprawia w dalszych tomach, dało się przetłumaczyć, choć tłumacz musiałby się trochę kreatywnie wysilić. Większość głosujących wybrała jednak zostawienie japońskiej końcówki, a zwolennicy „Kurokoszków” i innych strzelili fochem, zwyzywali resztę od gimnazjalistów i opryskali jadem wszystko co się dało.

Mnie to osobiście zwisa. Pasuje mi Kurokocchi, ale zapewne pasowałoby mi też tłumaczenie, o ile tłumacz nie wymyśliłby jakiegoś koszmaru. Chociaż może szkoda, że Kurosza nie wzięło JPF. Mają dużo większe doświadczenie z shounenami-tasiemcami, bardziej wpasowują się w ich profil wydawniczy, a pan Dybała po Bleachu jest już chyba uświadomiony, że „szlag” ma trochę przyzwoitych synonimów. Lubię Waneko, ale JPF miał szansę zrobić to lepiej. Chociaż ich niechęci do obwolut nigdy nie pojmę…

8/10

Podsumowanie

Pierwszy tom Kurosza jest ładnym, ciekawym wstępem do serii. Trochę ciężko wyprzeć mi to, że znam już całość z anime i skanlacji (trochę rozpisałam się z charakterystyką bohaterów, nie?), ale im bardziej przyglądam się tej konkretnej pozycji – Kuroko’s Basket 1 – tym bardziej upewniam się, że zapowiada się znakomity shounen. Nie ma żadnych bólów dupy, tragic pastów, galopujących dylematów… Jest zabawnie, lekko, dynamicznie, ciekawie, ładnie, przyjemnie. A przede wszystkim zabawnie, bo humoru na razie tu nie brakuje. Całość naprawdę zachęca do sięgnięcia po kolejne części. Ale o tych – następnym razem.

Ocena wydania polskiego – 8/10.

Reklamy