Tagi

, , , ,

Dlaczego kobiety malują się, perfumują i noszą wysokie obcasy?

Bo są brzydkie, niskie i śmierdzą!

Wiem, że obie płcie mają mnóstwo szowinistycznych, czasem nieco chamskich dowcipów dotyczących drugiej strony. Humor ma to do siebie, że rzadko jest poprawny politycznie. Wierzę, że sama niejednokrotnie w babskim towarzystwie powiedziałam to i owo, a zapewne puściłam jeszcze komentarz, który chłopa przyprawiłby o rumieńce.

Wiadomo też, że w bliskiej grupie znajomych, gdzie wszyscy dobrze się znają, można pozwolić sobie na nieco więcej.

Pominę wywód o okolicznościach, w których to usłyszałam, bo to opowieść długa, skomplikowana i pełna zwrotów akcji. Umówmy się jednak, że z nikim z towarzystwa – w którym tylko przez przypadek byłam jedyną kobietą, bo w branży panuje raczej równy podział płci, z lekką tylko przewagą mężczyzn – nie znałam się wystarczająco dobrze, by nie zirytował mnie ten tekst.

Wiem, że są różne rodzaje inteligencji. Nigdy nie interesowało mnie to na tyle, by dokształcić się jakoś mocniej w tym zakresie. Teraz chyba zmienię zdanie.

W naszym społeczeństwie panuje kult ludzi inteligentnych. Nie znaczy to, że dąży się do bycia inteligentnym – raczej chwalimy się swoim IQ oraz tym, jak wiele osiągnęliśmy swoimi zdolnościami umysłowymi, a nie ciężką pracą. Bycie „zdolnym, ale leniwym” to często swoisty powód do chwały, choć w praktyce oznacza człowieka, który dobrowolnie marnuje swoje zdolności, co w społeczeństwie wielbiącym konkretnie pojmowany sukces nie powinno być pochwalane. Paradoksalnie jednak – jest, a ten paradoks prowadzi do tego, że choć co czwarta (według statystyk) osoba potrzebuje pomocy psychiatry, niewielu się do niego wybiera.

Pamiętam swoje czasy nastoletnie, gdy modna była złośliwość i sarkazm w roli jawnych oznak błyskotliwości. Pamiętam, jak nieco później zachwycaliśmy się House, M.D. Uwielbiam Sherlocka z BBC, choć teraz trochę zmądrzałam i najbardziej cenię zbawienny wpływ Watsona na charakter Holmesa, i to Johna wolałabym mieć za przyjaciela, choć trochę trudno mi nie ślinić się do Sherlocka. Big Bang Theory nie oglądałam, ale Internety i znajomi skutecznie uświadomili mnie co do treści. Fascynujące, jak wielu z nich próbowało identyfikować się z Sheldonem, który owszem, jest zabawny, ale jego inteligencja emocjonalna jest niebezpiecznie niska. Oglądając Grę Tajemnic współczułam Turingowi i cierpiałam razem z nim. Na Coriolanusie z Hiddlestonem płakałam rzewnymi łzami, płacząc nad wyklętym idealistą i psioczyłam na lud rzymski, który go tak bardzo skrzywdził.

Kogo obchodzi inteligencja emocjonalna? To przecież jakieś psychologiczne brednie!

A dupa.

Osoby inteligentne emocjonalnie oraz osoby inteligentne społecznie (tak, jest coś takiego) może wydają się mniej interesujące. Może wydają się zbyt nudne i zwyczajne. Może brakuje im tego błysku w oku, aury geniuszu, wymiernego sposobu sprawdzenia umiejętności (testy na IQ uważam za marne, ale szybko rozpoznajemy osoby inteligentne).

Jestem jednostką kiepsko dostosowaną społecznie, ale ze wszystkich swoich licznych wad, z tą walczę najbardziej, choć walka to najtrudniejsza. Bo nie ma przydatniejszych umiejętności niż te, które ułatwiają nam życie w społeczeństwie.

Na mój argument, że człowiek jest zwierzęciem stadnym, wielokrotnie odpowiadano mi, że nieprawda, bo jest zwierzęciem najłatwiej dostosowującym się. A dupa, bo człowiek samotny cofa się w rozwoju, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Nie przepadam za socjologią, ale niechętnie się z nią w wielu miejscach zgadzam. Kto nie wierzy, niech poszuka – książek, filmów, artykułów. Trochę tego jest, całkiem nieźle opisanego i ze sporym materiałem dowodowym.

Może wizja bycia męczennikiem-geniuszem, niezrozumianym przez społeczeństwo, a docenionym pośmiertnie, wydaje się atrakcyjna. Na pewno łatwo podwyższyć sobie w ten sposób samoocenę, bo to inni są be, a ja jestem wybitny. Przykro mi – nie jest tak.

Nie twierdzę, że osoby autystyczne są gorsze. Nie wydaje mi się, żeby stawianie znaku równości między zaburzeniem a chorobą było do końca właściwe – choroby zagrażają naszemu życiu, zaburzenia utrudniają funkcjonowanie, przynajmniej w moim rozumieniu, choć znajomi medycy prawdopodobnie by mnie za to zjedli. Wydaje mi się jednak, że chwalenie się zespołem Aspergera jest tak samo niewłaściwe jak usprawiedliwianie się dysleksją czy innymi cudami. Owszem, pewne rzeczy przychodzą niektórym trudniej, traktowanie ich tak samo jak osób pozbawionych tych zaburzeń to jak słynny przypadek ze wspinaniem się na drzewo, ale nie znaczy to, że należy zaprzestać uczenia ich pewnych zdolności uznawanych za normę.

Fair selection

Społeczeństwo powinno pomagać tym, którzy są poza „normą” żyć i funkcjonować tak, by mogli pozostać sobą – a jednocześnie, by w miarę możliwości uczyli się życia w społeczeństwie. Nie należy stygmatyzować. Potępianie jest tak samo bezzasadne jak gloryfikowanie. Nad wadami należy pracować, bo choć są naszym świętym prawem – nikt nie jest ich pozbawiony – opierdalanie się rzadko przynosi coś dobrego, jeśli nie jest formą przerwy, tylko codziennością.

Są różne rodzaje niepełnosprawności.

  • zmysłowa – osoby niewidome, głuche, nieme, ale także niedowidzące i niedosłyszące;
  • ruchowa – wrodzona lub nabyta trudność związana z poruszaniem się;
  • intelektualna – osoby upośledzone, ale także osoby starsze, u których wiek robi swoje;
  • mózgowe porażenie dziecięce;
  • wynikła z chorób – takich jak nowotwory, guzy mózgu, cukrzyca;
  • komunikowania się – zaburzenia mowy, etc;
  • funkcjonowania społecznego – zaburzenia zdrowia psychicznego, etc.

Wszyscy jesteśmy trochę niepełnosprawni. Mniej  lub bardziej. Mniej lub bardziej wpływa to na nasze funkcjonowanie, mniej lub bardziej potrzebna nam jest pomoc. Nigdy nie oznacza to jednak, że należy siedzieć i nic z tym nie robić. By niewidomi mogli czytać, wynaleziono alfabet Braille’a. By niepełnosprawni ruchowo mogli się poruszać, wynaleziono wózki różnorakie, zarówno napędzane przez nich samych, jak i przez akumulatory i inne cuda. Najważniejsze jest jednak to, że ludzie mają świadomość niepełnosprawności – i chęć pomocy. Niepełnosprawnym intelektualnie chcą pomagać w nauce, osobie na wózku – w pokonaniu wysoki krawężnik. Poinformować niewidomego w autobusie, że system się zepsuł i wyczytywane są niewłaściwe przystanki.

Wystarczy był miłym i wyrozumiałym. Poświęcić odrobinę czasu i cierpliwości. Zrozumieć, że każdy z nas potrzebuje pomocy innych ludzi.

Znam kilka osób z makabryczną dysleksją (i różnymi jej odmianami). Z lżejszymi odmianami też, ale trafiłam na kilka przypadków, które wydawały się naprawdę beznadziejne. Jednak podejście było różne. Jeden z moich kolegów jeszcze w liceum składał słowa po literze, no ale przecież to dyslektyk więc odpuszczano mu czytanie na głos. Drugiego od małego matka goniła do czytania, codziennie pracowała z nim nad jego umiejętnościami, a nawet wysłała go na kurs szybkiego czytania co – o dziwo – naprawdę chłopakowi pomogło w rozumieniu czytanego tekstu. Znam go od małego, znam jego rodzinę. Wybitnym humanistą nie został, ale poszedł na naprawdę dobre, choć dość nietypowe studia, i jeszcze w ich trakcie zaczął pracować i zarabiać konkretne pieniądze, bo nie jest to szczególnie popularny zawód.

Skoro przy edukacji jesteśmy – nasze społeczeństwo się coraz bardziej specjalizuje. Fakt. Nie zmienia to faktu, że powinniśmy dążyć to pewnej normy, że nie należy zaniedbywać wychowania ogólnego. Twórzmy klasy profilowane, jak najbardziej, pozwólmy dzieciakom rozwijać się zgodnie z ich zdolnościami… Ale nie znaczy to, że mat-fiz ma nie mieć zajęć humanistycznych, a klasy humanistyczne mają poprzestać na dodawaniu i odejmowaniu. Dziecko uzdolnione z matematyki paradoksalnie potrzebuje mniej godzin matematyki niż dziecko, które ma z nią problemy. Dziecko uzdolnione z danej dziedziny i zainteresowane nią przyswoi więcej informacji w krótszym czasie, chętniej też zajmie się nią same, można zadać mu więcej  trudniejszej pracy domowej, z którą sobie poradzi. Dziecko uzdolnione w jakiejś dziedzinie potrzebuje by je nakierować, czasem coś wyjaśnić, zachęcić. Dzieci mniej w danej dziedzinie zdolne potrzebują więcej czasu, więcej przykładów, więcej tłumaczenia i cierpliwości. System, który mamy obecnie sprawia, że w klasach ogólnych uczniowie dobrzy nudzą się, a uczniowie słabsi i tak niewiele z nich wynoszą, natomiast w klasach profilowanych rosną nam osoby przekonane, że wystarczy być zajebistym w swojej dziedzinie, a resztę można olać.

Nie, nie można. W życiu potrzebne są różne umiejętności. Niczego bardziej nie znoszę niż ścisłowców hejtujących humanistów. Kawały o humanistach i McDonaldzie są zwyczajnie przykre, bo ich prawdziwość potwierdza tylko wadliwość systemu. Ścisłowcy w niczym nie są bardziej wartościowi niż humaniści. Potępiać należy nie brak zdolności, ale lenistwo i niechęć do walki ze swoimi słabościami.

Dzieci w szkole powinny być oceniane indywidualnie, za swoje postępy, a nie zdolności. Byłam głupim dzieckiem, dumnym z tego, że nie muszę się uczyć by mieć świetne wyniki w nauce – i teraz żałuję, że szkoła mnie w tym utwierdzała, zamiast rugać. Nie twierdzę, że opierdalałam się całkowicie. Jednak za największą niesprawiedliwość systemu edukacji nie uważam tego, że wszyscy jesteśmy oceniani według jednej miary, bez względu na zdolności – ale to, że oceniano nasze wyniki, a nie wkład pracy. Samo to, że od podstawówki nauczyciele albo narzekali, że przeszkadzam i próbowali mnie ustawić, albo pozwalali zajmować się swoimi sprawami było sytuacją chorą. Wiem, że biedni mieli program do zrealizowania, srelemorele, ale najbardziej wdzięczna jestem teraz tym, którzy ścigali mnie z zadaniami dodatkowymi, konkursami, lekturami i innymi sposobami, by zagonić mnie do roboty. Szkoda, że było ich tak niewielu.

Może wtedy nie wyhodowałabym sobie aż tak pokaźnych zaburzeń różnego rodzaju. Może istniałyby lepsze sposoby pomocy takim przypadkom jak ja, niż te, na które trafiłam do tej pory – a może wcale bym ich nie potrzebowała. Szkoda, że w moim otoczeniu nie było nikogo, kto zwróciłby uwagę, że mój trudny charakter nie jest czymś, nad czym należy wzdychać i załamywać ręce, względnie leczyć sprawdzonymi przez wieki metodami radzenia sobie z niegrzecznymi dziećmi (pas, szlabany, awantury, bla bla bla).

Nie, nie, nie obwiniam tu nikogo. Trochę mi smutno, trochę przykro, trochę jestem zła. Dzieci są głupie i wielu rzeczy nie rozumieją – i ja też byłam durna i uważałam, że wszystko jest ze mną okej, to inni są be. Otoczenie nie miało wiedzy jak rozpoznać i radzić sobie z moim przypadkiem, co po wyprowadzce z domu i pójściu na studia zaowocowało katastrofą – ale to nie jest tak, że to ich wina. Nikt nie zrobił tego specjalnie. To tylko trochę boli, gdy u osoby bądź co bądź dorosłej – znaczy się, trochę po dwudziestce, ale nadal – diagnozuje się coś, co wykryte dziesięć lat wcześniej oszczędziłoby wszystkim wielu problemów. Bo gdyby przez te trzynaście lat edukacji szkolnej rzeczywiście mnie edukowano w dziedzinach, w których sobie nie radziłam, zamiast piać nad tym, jaka jestem zdolna, inteligentna i wybitna – miałabym więcej pożytku sama z siebie, o otoczeniu nie wspominając.

Problemy, rzecz jasna, dalej są. Uczę się teraz rzeczy, których powinnam nauczyć się jako dziecko i nastolatka. Wiele z tych umiejętności jest dla mnie naprawdę trudnych. Pomoc jest różna, trochę jej jest, ale raczej nie mówię o swoich problemach zbyt wiele. Bo to dyrdymały. Bo w dupie się poprzewracało. Bo chociaż Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) kwalifikuje moje problemy jako choroby, a diagnoza zalicza nawet kilka różnych oznaczeń, wynikających w dużej mierze jedno z drugiego, spora część lekarzy (szczególnie tych starszej daty) najchętniej wypisałaby mi receptę na lanie pasem w gołą dupę aż zmądrzeje.

Czasem pojawia się myśl – zabiję się. Zabiję się i zostawię list. Może to coś zmieni. Może moja śmierć sprawi, że ktoś usłyszy mój głos – i w ten sposób moje życie nabierze sensu. Że bez wstrząsu i krzyku nikt tak naprawdę nie wysłucha.

Ale wiem, że to nic nie da, więc żyję. Bardziej dla innych niż dla siebie, bo bardziej zależy mi na moich bliskich niż na sobie, chociaż może wyglądać to inaczej. Jednak to myśl, ile cierpienia przysporzyłabym swoją śmiercią, sprawia, że nadal żyję. Bo ci, którzy mnie kochają, nie zasługują na takie świństwo z mojej strony.

Jest mi ciężko. Smutno. Nie przyznaję się na głos do siebie, nie za często w każdym razie, bo prawie zawsze mi się obrywa. Bo zmyślam, bo niemożliwe, bo to bzdury i gówno prawda, bo usprawiedliwiam swoje lenistwo i złe zachowanie. Bo za mało razy dostałam pasem po dupie, a rodzice mnie rozpieścili.

Nie usprawiedliwiam się. Nie oskarżam innych. Po prostu potrzebuję pomocy w sprawach, które mogą wydawać się banalnie proste. Potępianie mnie, że w tym wieku nie radzę sobie z tym sama, jest tylko pogłębianiem problemu. Ciągle powtarzające się złośliwości, rozprawy o pasie, groźby kopnięcia w dupę, żeby mi się wszystko prawidłowo w głowie poukładało, wcale nie pomagają. Powoli i opornie próbuję uczyć się tego, co innym przychodzi łatwiej – i niekoniecznie umiem uzasadnić, dlaczego stanowi to dla mnie taki problem.

Nie byłam świadoma wielu z tych rzeczy, gdy powiedziano przy mnie ten beznadziejny dowcip z początku tego wpisu. Wtedy fuknęłam i rzuciłam potępiającym i obrażonym komentarzem, a potem wściekałam się przez pół roku na samą myśl. Teraz jestem trochę mądrzejsza i wiem, że to nie była zła wola. Bardziej brak wyczucia, a wyczucie też jest czymś nabytym i wynikającym z tych innych rodzajów inteligencji. To, że ktoś ma tytuł naukowy nie oznacza, że ma wysoką inteligencję emocjonalną i społeczną. Nie oznacza, że potrafi się zachować.

Zresztą, nawet ludzie, którzy krzywdzą nas specjalnie, robią to, bo są w jakiś sposób skrzywdzeni. Bo mają problemy, z którymi sobie nie radzą, a których nikt nie wykrył, nie zareagował, nie nauczył ich innej drogi. Nie znalazł rozwiązania. Z lektur biografii morderców, zbrodniarzy, kryminalistów zawsze wyłania się obraz jednostki patologicznej. Nikt z nich nie urodził się jako wcielenie zła. Do tego potrzeba czasu i doświadczenia.

Zamiast burzyć się, trzeba pomóc. Zwrócić grzecznie uwagę. Zasugerować, że to zachowanie jest niewłaściwe i mogło sprawić komuś przykrość. Wyjaśnić, że czasem warto trzymać dziób na kłódkę. Wybaczyć, że ktoś jest społecznym idiotą.

I należy zwracać uwagę na problemy jednostek. W końcu to dziecko z niskim ilorazem inteligencji emocjonalnej może równie dobrze wyrosnąć na geniusza szachowego, jak i na seryjnego mordercę. Nigdy nie wiemy.

E, nie, nie uważam się za jednostkę szczególnie pokrzywdzoną. Jestem tylko trochę wkurwiona. Głównie na własną bezsilność, bo widzę problem, mam problem, ale średnio potrafię z nim cokolwiek zrobić.

Reklamy