Tagi

, , , , , ,

Niedawno mangowe wydawnictwo Waneko popełniło po raz kolejny czyn nader kontrowersyjny – spytało czytelników o ich preferencje tłumaczeniowe.

O polskich mang tłumaczeniach słów kilka

Nic nie wzbudza takich emocji wśród fanów mangi w Polsce jak aspekty tłumaczeniowe. Ogłoszenie nowych tytułów,  premiery kolejnych tomów – gdzie tam! Kilkanaście osób się pocieszy, kilka pomarudzi, większość oleje. To prawie przechodzi bez echa.

Kontrowersje tłumaczeniowe towarzyszą polskim wydaniom mang od zawsze. Początki były trudne, grupa odbiorców w gruncie rzeczy nieliczna, doświadczenie małe bądź żadne (umówmy się, doświadczenie w tłumaczeniu i wydawaniu można nabyć tylko tłumacząc i wydając), wzorców rodzimych nie było, a zagraniczne też radziły sobie różnie. Teraz jest na swój sposób jeszcze gorzej – wzorce są, doświadczenie jest, ale wraz z powszechnym dostępem do Internetu nadeszły nowe trudności. Marudni fani mają dostęp do licznych, głównie angielskich skanlacji, które umożliwiają im zapoznanie się z mangą przed jej kupieniem oraz dostępnych w sieci ekranizacji anime, i wszyscy w jakimś stopniu zetknęli się z językiem japońskim, wyrobili sobie na jego temat zdanie i albo w mniejszym lub większym stopniu się z nim zaprzyjaźnili, albo nauce japońskiego powiedzieli (mniej lub bardziej) stanowcze „nie”.

W Polsce funkcjonuje kilka wydawnictw zajmujących się mangą. O tych mniejszych trudno mi się wypowiadać – moje doświadczenia ze Studiem JG, Kotori, Ringo Ame i Hanami są pozytywne, ale niewystarczające do mądrzenia się o ich polityce tłumaczeniowej. Inaczej rzecz ma się z dwoma największymi graczami na naszym rynku.

Specyficznym wydawnictwem jest JPF  (Japonica Polonica Fantastica, J.P.Fantastica), w którym od dłuższego czasu króluje pan Paweł Dybała. Wiadomym jest wprawdzie, że dla JPFu tłumaczą i tłumaczyli jeszcze inni, i nie powinno się o nich zapominać, ale zarówno pobieżny, jak i szczegółowy przegląd zawartości półek sklepowych, bibliotecznych i prywatnych, ujawnia niezwykłą wkład pana Dybały w JPF. I choć część jego decyzji może wzbudzać kontrowersje, trudno nie szanować człowieka zarówno za pracowitość, jak i konsekwencję, bo obu trudno mu odmówić. Zresztą – zdaje się, że przeciętny fan mangi, spytany o nazwiska osób zajmujących się tematem w Polsce, najprędzej wymieni pana Dybałę. No, może jeszcze Mr Jedi, jeśli ma trochę więcej lat.

Inną politykę tłumaczeniową (wydawniczą w zasadzie też) stosuje Waneko. Oprócz zatrudnienia większej grupy tłumaczy (bez większego trudu doliczyłam się sześciu osób), wydawnictwo często pozwala im na współpracę i nierzadko na stronie redakcyjnej w miejscu tłumacza widnieją dwa nazwiska. Ponadto Waneko zdecydowanie odważniej używa mocniejszego języka i kreatywnych obelg oraz wyzwisk w swoich tłumaczeniach, choć trzeba przyznać, że wiele zmienił dobór wydawanych tytułów. JPF, chętnie tłumaczący shounenowe tasiemce pełne przeróżnych skomplikowanych ataków i technik, musiał się wielokrotnie nawysilać, by po polsku to wszystko miało ręce i nogi.

A jednak to Waneko w ostatnim czasie dwukrotnie wywołało burzę.

Przypadek koszykarski

Jakiś czas temu wybuchła awantura wśród fanów, gdy po internetowej ankiecie Waneko zdecydowało się w polskim wydaniu Kuroko’s Basket nie tłumaczyć zdrobniałych przezwisk, których używają wobec siebie bohaterowie. Wtedy, rzecz jasna, kilka osób strzeliło fochem, kilka wypowiedziało się o wydawnictwie brzydko, ale obeszło się bez większych zamieszek. Cała sprawa rozbijała się o to, że dwie postaci – Kise oraz Murasakibara – nie wołały na swoich kolegów po nazwisku (ewentualnie imieniu), jak przyzwoitość nakazuje, nie używały też klasycznych sufiksów, znanych wszystkim fanom japońskich komiksów.

Dla wyjaśnienia: język polski pozwala na tworzenie zdrobnień i zgrubień od imion poprzez różnego rodzaju machinacje (stąd Anna, Anka, Ania, Jan, Janek, Jaś, Jasiek, etc.). Używamy do tego formantów (zrostków), z którymi przeróżne cuda się dzieją, ale jakimś cudem o tym w szkole nikt nie uczy, choć wszyscy z tego korzystamy. Język japoński ma nieco podobną magię, choć jest ona znacznie prostsza, jaśniejsza i zupełnie z innej beczki. Keiko-san będzie panią Keiko, a zdrobniale i czule nazwiemy ją Keiko-chan – jednak takie sufiksy jak  -sama to ktoś wyżej postawiony w hierarchii od nas, kogo darzymy szacunkiem, a -kun – ktoś z naszej bajki lub postawiony w hierarchii nieco niżej. Rzecz jasna, historia na tym się nie kończy, ale nie o tym jest ten wpis.

W Kuroko’s Basketball Kise używa sufiksu -cchi w stosunku do osób, które uznaje, dodając tę końcówkę do ich nazwisk (a więc Kuroko->Kurokocchi, Kagami->Kagamicchi). Murasakibara idzie dalej – skraca te nazwiska i dodaje do nich -chin (Kuroko->Kuro-chin, Aomine->Mine-chin). O ile jeszcze -chin jako sufiks istnieje w podręcznikowym japońskim (zdrobnienie używane przez bardzo małe dzieci), o tyle -cchi zalatuje już mocno językiem potocznym.

Kise i Murasakibara - sprawcy całego zamieszania.

Kise i Murasakibara – sprawcy całego zamieszania.

Czy dało się to przetłumaczyć? Dało. Zapewne dałoby się nawet zachować konsekwencję, tworząc Kurokulka i Kuroczka, Minekulka i Aomineczka czy inne tego typu potwory. Tworzenie polskich zdrobnień do japońskich imion i nazwisk jest trudne, ale nie niemożliwe. Po wielu próbach i błędach zapewne tłumacz znalazłby coś, do czego czytelnik mógłby się przyzwyczaić tak, by nie bolały go oczy i uszy. Większość czytelników przegłosowała jednak zostawienie tych zdrobnień w oryginale i wydawnictwo zdecydowało się pójść tą drogą.

Tokijskie ghule i ich potomstwo

Jakiś czas temu JPF pobąkiwał, że może zabierze się za Tokyo Ghoula – zadecydować miał wynik ankiety. Tegoż ostatniego do tej pory chyba nie ogłoszono, tytuł sprzątnęło jednak Waneko.


tg-1-jacket-e1426509949782

Polska obwoluta opublikowana na stronie Waneko.

Tak się składa, że fanem Tokyo Ghoula jestem wielkim i od samego początku dzielnie przeżywałam kwestie tłumaczeniowe. Z jednej strony – jestem za tłumaczeniem na język polski wszystkiego, co się przetłumaczyć da, w tym neologizmów. Może nie zawsze podoba mi się tych tłumaczeń efekt (władających magicznymi kosami z Soul Eatera dalej przeżyć nie mogę), sarkam i prycham nagminnie nad kwestiami różnymi, często nawet dość bzdurnymi, jednak tłumaczenie polega na tym, żeby tłumaczyć. A w moim kochanym Tokyo Ghoulu pojawia się kilka nazw, które aż proszą się o tłumaczenie.

Waneko nie wybiegało jednak w przyszłość nieco dalszą, skupiając się na najbliższym, pierwszym tomie – i spytało, czy fani wolą, by służący ghulom do polowań narząd zostawić w oryginalnym, japońskim brzmieniu – kagune – czy by stworzyć polski odpowiednik. Tłumacz zaproponował „dziecię szkarłatu”, co było znaczeniem dosłownym i dość trafnym, ale nie wszystkim przypadło do gustu. W ankiecie można było jeszcze wybrać trzecią opcję, proponując własne tłumaczenie.

Kto pyta – nie błądzi, ale czasem obrywa

Głosami większości wybrano kagune. Trochę to smutne, bo język polski pięknym jest, ale z wielu powodów poparłam tę decyzję. O tym innym razem. Ponieważ jednak tym razem udzielałam się w temacie znacznie bardziej niż przy Kuroko, odkryłam ciekawy aspekt polskiego fandomu mangowego.

No dobrze, obserwowałam tylko dyskusję na facebooku Waneko oraz stronie wydawnictwa. Z szacunku do własnych nerwów darowałam sobie toczenie wojny na froncie forumowym, choć zapewne tam miałabym szanse cokolwiek wygrać. Z początku nie planowałam wypowiadać się więcej niż raz, jednak brzydki nawyk czytania wszystkiego, co piszą inni (co praktykowałam jako jedyna z nielicznych osób w tym zamieszaniu) przykuł mnie do klawiatury na dłużej.

Problemów było kilka. Jak to w internetach – trochę wyzwisk, trochę wypominania sobie błędów ortograficznych, oskarżania o gimbazę, nieuctwo i zdradę ojczystego języka. Zaskakujący był jednak całokształt.

Spora część zwolenników kagune zwykła rzucać uwagi w stylu „wszyscy wolą kagune” lub „kagune lepsze, mniej roboty dla was, a i tak każdy wie, o co chodzi”. Może nie jest to szczyt elokwencji, dojrzałości i poprawnej argumentacji, ale druga strona barykady dopiero dała popis. Zaszokował mnie poziom agresji i potrzeba zrównania wroga z ziemią; odgrażanie się utratą szacunku do wydawnictwa, niekupieniem pozycji i rozliczne zarzuty o niekompetencję tłumaczy oraz uleganie gustom gimnazjalistów, niemających pojęcia o tłumaczeniu. No cóż…

Trochę nie rozumiem, jak takie drobnostki mogą zadecydować o tym, czy będziemy mangę kupować czy nie. Wątpię by za naszego życia rynek mang rozwinął się tak bardzo, że tytuł zostanie ponownie wykupiony i przetłumaczony przez inne wydawnictwo. Owszem, mamy trzy tłumaczenia Władcy Pierścieni oraz dwa Diuny (z czego każde ma dwa wydania), ale mang to nie czeka w bliskiej przyszłości. Zbyt mały rynek w Polsce i zbyt duży w Japonii – po co tłumaczyć od nowa stare mangi, skoro wychodzi tyle nowych?

Dobrze, ale załóżmy, że rozumiem. Czytelnik podejmuje decyzję, że nie będzie wspierał zbrodniczej polityki wydawnictwa, zostawiającego japońskie słowa w polskim tłumaczeniu. Mogę nie rozumieć, w mangach szukam zupełnie czegoś innego i tego typu kwestie ideologiczne mnie nie bolą. Czy jest to wystarczający powód do używania tak ostrego języka? Od kiedy „gimnazjalista” jest obelgą? I od kiedy „mangozjeb” nie jest, jak napisała jedna osoba na zarzut, że nie powinna innych wyzywać? Czy określenie, zawierające w sobie słowo uznawane powszechnie za obraźliwe, może nie być obraźliwe?

A przede wszystkim – czy można nazywać tłumacza niekompetentnym tylko dlatego, że pyta potencjalnych odbiorców o zdanie (i ewentualne propozycje)? Czy stwierdzenie, że wydawnictwo ośmiesza w ten sposób swoich tłumaczy, jest w jakikolwiek sposób zasadne? Czy można tego typu badania rynku i interakcje z potencjalnymi klientami uznać za złą praktykę? Skąd pomysł, że wydawnictwo wprawdzie niszowe, ale nadal komercyjne, powinno mieć misję inną niż usatysfakcjonowanie jak największej ilości potencjalnych klientów, bo to najprędzej przyniesie maksymalizację zysków?

Więcej o tłumaczeniach, Tokyo Ghoulu i języku japońskim innym razem.

Reklamy